Jak wszyscy doskonale wiemy ostatnie wybory parlamentarne w Polsce przeprowadzone 25 października 2015 r. wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Polacy po 8 latach rządów Platformy Obywatelskiej zdecydowali, że jest to najwyższy czas, by dokonać zmiany rządzących i po raz kolejny dali szansę PiS. Pomijając szereg przeróżnych obietnic wyborczych, ja pragnę skupić się na zdecydowanie najgłośniejszej z nich – na programie „Rodzina 500+”, czyli głównym postulacie dotyczącym polityki prorodzinnej.

„Ustawa o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci” z dnia 11 lutego 2016 r., (tak brzmi pełna aktu prawnego, który pozwolił na wejście „Rodzinie 500+” w życie) ma zdaniem rządu PiS jeden, nadrzędny cel – zwiększenie dzietności w Polsce. Współczynnik dzietności to zgodnie z definicją: „współczynnik określający liczbę urodzonych dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym, tj. 15-49 lat”. Dlaczego jest on tak istotny? Ponieważ przyjmuje się, że wskaźnik ten musi utrzymywać się na poziomie 2.10-2.15, by mógł zapewniać zastępowalność pokoleń. W Polsce wg Eurostatu jest on jednym z najniższych na świecie i wynosi dokładnie 1.33 (dane z 2015 r.)[1]. Mówiąc krótko, – jeśli znajduje się on poniżej zakładanego poziomu można dosłownie stwierdzić, iż dane społeczeństwo po prostu wymiera. Polsce obecnie wiele brakuje, by doskoczyć do optymalnego poziomu omawianego wskaźnika. Skutki załamania trendów demograficznych, które wystąpiło w latach 90. XX w., utrzymują się do dzisiaj. Zapewne ogromny wpływ na całą tę sytuację miało to, jak na przestrzeni lat zmieniło się podejście do życia młodych ludzi. Dziś na pierwszym miejscu stawiają oni inwestowanie w samych siebie – w szeroko pojętą edukację i karierę. Niewielki odsetek młodych osób decyduje się na wzięcie ślubu np. przed ukończeniem studiów czy przed znalezieniem stałej pracy, nie mówiąc już o zdecydowaniu się na dziecko (wg danych GUS obecnie mężczyźni żenią się najczęściej w wieku 29 lat, a mediana wieku kobiet wynosi 27 lat). Kolejnym istotnym czynnikiem jest emigracja tysięcy młodych Polaków do krajów Europy Zachodniej, co skutkuje starzeniem się społeczeństwa.

Prawdopodobnie wszyscy są zgodni, co do jednego – sytuacja demograficzna w Polsce wygląda naprawdę źle. Strategią rządu jest to, by wypłacając obywatelom świadczenia przeznaczone na wychowywanie dzieci, zachęcić ich do powiększenia swoich rodzin. Polaków będzie w końcu na to stać! Wszystko wydaje się proste i logiczne, a rozdawnictwo pieniędzy ma być panaceum na problem demografii w naszym kraju. Premier Beata Szydło wiele razy podczas kampanii wyborczej powtarzała „Dzieci to najlepsza inwestycja”.

Koszty programu w 2016 r.

Wypłata świadczeń ostatecznie ruszyła dopiero z dniem 1 kwietnia 2016 r. Specjalnie w tym celu rozbudowano aparat biurokratyczny powołując 7 tys. nowych urzędników, których zadaniem jest analizowanie wniosków wypełnianych przez polskie rodziny[2]. Nie sposób oczywiście tutaj nie wspomnieć o 1.5-procentowej prowizji dla samorządów za wykonywane usługi czy o wynagrodzeniach dla urzędników, które oszacowano na mniej więcej 340 mln zł rocznie. Ogólne koszty programu „Rodzina 500”+ oszacowano na ok. 22-23 mld zł rocznie. Zważywszy jednak na fakt, iż zaczął on działać dopiero wiosną, ostatecznie w 2016 r. miał pochłonąć ok. 17 mld zł.

Wzrost PKB (abstrahuję tutaj od jego wad, jako miernika efektów pracy społeczeństwa, co myślę, że jest problemem, któremu należałoby poświęcić oddzielny artykuł) wg oficjalnych danych GUS w 2015 roku wyniósł ostatecznie 3.9% r/r., co daje nam wynik wynoszący 1.79 bln zł.  Mając te dane możemy łatwo wyliczyć, jakie koszty „Rodzina 500+” wygenerowała względem PKB w 2016 r. – jest to mniej więcej 0.93% PKB.

Skąd rząd w 2016 r. wziął na to pieniądze?

Koszty programu będą pokryte jednorazowymi źródłami finansowania, nowymi podatkami oraz wzrostem zadłużenia, o którym wspomnimy w dalszej części. Chyba już każdy z nas słyszał o wprowadzonym w lutym 2016 r. podatku bankowym obciążającym kredyty i ubezpieczenia. Zysk z tego podatku zasilił budżet państwa w ubiegłym roku ostatecznie o 4 mld zł (wobec zakładanych 5.5 mld zł). Oprócz tego w budżecie na rok 2016 r. pojawiły się zyski z przeksięgowania aukcji LTE (myślę, że nie ma powodów, by szczegółowo ją tutaj opisywać), której kwota wyniosła aż 9.2 mld zł! Na koniec możemy wyróżnić wypłatę z zysku wypracowanego przez NBP wynoszącą ponad 3 mld zł. Po zsumowaniu wszystkich przychodów wydawać by się mogło, że rząd niemal perfekcyjnie przeanalizował pokrycie kosztów związanych z wypłacaniem świadczeń na dzieci w 2016 r. i wszystko powinno się pięknie domykać. Co więcej, ekonomiści są zdania, że gdyby nie wzrost wydatków konsumpcyjnych spowodowanych rozdawnictwem pieniędzy przewidywany poziom wzrostu PKB za 2016 r. byłby jeszcze gorszy. Niestety przewiduje się, iż PKB za 2016 r. spadnie do 2.9% r/r, co oznacza najniższy wzrost gospodarczy w ciągu ostatnich 3 lat, spowodowany głównie spadkiem inwestycji. Ponadto do naszych drzwi pierwszy raz od czerwca 2014 r. puka inflacja, która zgodnie z przewidywaniami NBP w 2017 r. wyniesie 1.3% r/r. W tym miejscu należy zaznaczyć, że poza zwiększeniem ilości pieniądza w obiegu, do powrotu inflacji przyczyniło się z pewnością podniesienie płacy minimalnej przez rząd PiS do 2 tys. zł brutto (13 zł za godz.). Nie sposób nie przywołać w tym miejscu cytatu z książki H. Hazlitta pt: „Ekonomia w jednej lekcji”: „Jednak inflacja, chociaż nierzadko po części zamierzona, jest dziś przede wszystkim skutkiem innych programów interwencji rządu w gospodarkę. Mówiąc krótko, jest skutkiem państwa redystrybucji – wszystkich tych programów, które ograbiają Piotra, by jego pieniędzmi hojnie obdarzyć Pawła”. Taką właśnie redystrybucją należy nazwać program „Rodzina 500+”. Warto zawsze mieć na uwadze, że rząd nie ma własnych pieniędzy, ma tylko te, które najpierw zabierze obywatelom.

Rok 2017 będzie prawdziwym sprawdzianem dla „Rodziny 500+”

Frédéric Bastiat w swoim słynnym eseju pt: „Co widać i czego nie widać” bardzo słusznie zauważył, iż dobry ekonomista poza bezpośrednimi skutkami danego programu, widzi też skutki długofalowe. O ile sama realizacja programu w ubiegłym roku przebiegła bez większych przeszkód, (chociaż od czasu do czasu pojawiały się w niektórych regionach Polski opóźnienia wypłaty świadczeń, z którymi jednak ostatecznie sobie poradzono), to pierwsze poważne problemy mogą się pojawić w 2017 r. Pierwszym podstawowym faktem jest wzrost kosztów programu do ok. 23 mld zł wobec 17 mld zł w roku ubiegłym. Rząd zysków z pewnością będzie szukał w kolejnym już podatku, tym razem od sklepów wielopowierzchniowych (podatek handlowy), wprowadzonym 1 września 2016 r. Chociaż ma on przynieść państwu zyski w wysokości 1.6 mld zł, to nie można zapominać o tym, że w tej sytuacji, już nie tylko banki, ale również sklepy przerzucą koszty na klientów. Zatem to w dużej mierze z naszych – konsumentów – portfeli będzie finansowane rozdawnictwo pieniędzy. Skutki wprowadzenia podatku bankowego i handlowego odczują wszyscy obywatele, również Ci, którym nie przysługuje prawo do otrzymania świadczenia na dzieci. W październiku ubiegłego roku zdesperowane Ministerstwo Finansów w celu łatania dziury budżetowej zaproponowało sześcioletnie i dwunastoletnie obligacje rodzinne, ponieważ tylko 16,2% obywateli oszczędza pieniądze z 500+[3]. Obligacje okazały się jednak dużym niewypałem, gdyż mimo dobrego, jak na polski rynek oprocentowania, w listopadzie ubiegłego roku stanowiły zaledwie 0.44% ogólnej sprzedaży obligacji oszczędnościowych. Ponadto rząd może zapomnieć o ponad 9-miliardowym wpływie do budżetu z aukcji LTE. Mało prawdopodobne wydaje się też, że PiS uda się poprawić ściągalność podatku VAT (podatek ten to ok. 40% wpływów do budżetu) na taką skalę, by znacznie ułatwiło to na finansowanie głównego projektu PiS. Poza tym, jest to nic innego jak kolejne komplikowanie systemu podatkowego. Jak zatem finansować całą resztę? Oczywiście realizując politykę deficytu budżetowego. Niejednokrotnie zresztą Minister Elżbieta Rafalska przyznawała, że program „Rodzina 500+” będzie realizowany na kredyt. Należy w tym miejscu wspomnieć o naszym długu publicznym, który w 2016 r. przekroczył już 1 bln zł. Jednak perspektywa dalszego zadłużania przyszłych pokoleń w Polsce nie jest najwidoczniej dla rządzących żadnym problemem. Wzrost kosztów obsługi długu publicznego czy odciąganie zasobów od inwestycji, to tylko dwa najbardziej oczywiste z negatywnych skutków, które dotkną nie tylko przyszłe pokolenia, ale również nas.

PiS spadkobiercami J. M. Keynes’a?

Filarem keynesizmu jest pogląd, że to popyt napędza gospodarkę. Rząd zwiększa wydatki, rodzina otrzymuje świadczenie, a następnie wydając je przyczyni się do wzrostu konsumpcji. Ponadto wzmożony popyt prywatny przyczyni się dodatkowo do wzrostu popytu inwestycyjnego. To z kolei spowoduje powstanie nowych miejsc pracy. Efektem finalnym będzie zwielokrotnienie („pomnożenie”) PKB, rodziny otrzymywać będą pieniądze, więc wszyscy będą szczęśliwi – zarówno państwo, jak i obywatele. „Konsumenci ratują gospodarkę” – takie nagłówki można przeczytać w nagłówkach wielu artykułów. Trzeba pamiętać, że zawsze taka polityka może przynieść pozytywne efekty tylko w krótkim okresie, co niejednokrotnie Keynesowi wytykali przedstawiciele austriackiej szkoły ekonomii, tacy jak Friderich Hayek. „W długim okresie wszyscy będziemy martwi” – tak sprawę wielce prawdopodobnej niewypłacalności rządu w dłuższej perspektywie czasu lubią bagatelizować najwięksi zwolennicy J. M. Keynes’a. W sytuacji, gdy wszyscy obywatele będą „przejadać” swoje pieniądze, nie będą oni przyczyniać się do wzrostu oszczędności, a tym samym do wzrostu inwestycji[4]. To w efekcie spowoduje spadek poziomu życia, gdyż nie będzie środków, by inwestować w dalszą poprawę produktywności a w skrajnym przypadku – nawet by odtworzyć kapitał.

Na co rodziny przeznaczają pieniądze z programu?

Dostępne na dzień dzisiejszy dane pokazują, że faktycznie rodziny dużą część z otrzymanych od państwa świadczeń przeznaczają na na żywność i ubrania (42.6%) a potem dopiero w dalszej kolejności na opłaty związane ze szkołami/przedszkolami (34.2%) i edukację i zajęcia dodatkowe dla dzieci (32%)[5]. Środki zostają przeznaczane niemal wyłącznie na konsumpcję, ponieważ zaledwie 16,2% oszczędza pieniądze ze świadczeń (o czym wspominaliśmy wcześniej). Tylko 11,8% ankietowanych deklaruje przeznaczanie środków na swoje przyjemności, czyli hobby i rozrywkę. Z ciekawostek należy wymienić fakt, że w kilku województwach (np. zachodniopomorskim) procentowo najbardziej wzrosły wydatki nie na edukację czy ubrania dla potomstwa, tylko na używane samochody, o czym świadczyć może wzrost wartości importu samochodów osobowych o 45.8% od momentu startu programu. Mimo tego faktu, często przytaczanego przez przeciwników „500+”, w mediach głównego nurtu mówi się, że polityka prorodzinna rządu spełnia swoje zadanie. Oficjalnie w 2016 r. urodziło się o 16 tys. dzieci więcej niżeli w 2015 r. – niezły wynik. Jednak szacunki MRPiPS to wzrost liczby urodzeń aż o 278 tys. w ciągu 10 lat, a już w pierwszym roku funkcjonowania 500+ pojawiały się drobne problemy z jego terminowym realizowaniem. Eurostat, mimo zdecydowanego zwiększenia w ostatnich miesiącach wydatków na politykę prorodzinną w Polsce, prognozuje dalszy spadek liczby mieszkańców do 2060 r. aż o 13.5%.

Programy socjalne w Europie Zachodniej – czy zdały egzamin?

O niekompetencji naszych polityków świadczy niewyciąganie wniosków z niepowodzenia programów socjalnych u naszych sąsiadów zza zachodniej granicy. Niemcy, chociaż są krajem znacznie bardziej rozwiniętym gospodarczo od Polski, mają podobne problemy z dzietnością, jak my. W tym kraju receptą na ten problem, podobnie jak ma to teraz miejsce w Polsce, miało być socjalne rozdawnictwo. Mimo wypłacania zasiłku na dzieci, tzw. „Kindergeld” w wysokości 200 euro, wskaźnik dzietności utrzymuje się na mniej więcej na poziomie 1.40. Z podobnym problemem borykają się Francuzi, gdzie podobnie jak w Niemczech wypłacanie zasiłków na dzieci zwyczajnie nie przyniosły pozytywnych efektów demograficznych. Jak pokazują przykłady, teoretycznie o wiele lepiej rozwiniętych gospodarczo państw Europy Zachodniej, polityka socjalna nie przyniosło oczekiwanego skutku, jakim miał być gwałtowny wzrost liczby urodzeń. Wskaźnik dzietności spada na skalę globalną i jak widać, nikt nie potrafi sobie z tym poradzić.

Dlaczego partia rządząca zdecydowała się na tak szeroki program socjalny?

Podsumowując, można łatwo dojść do wniosku, że wprowadzenie programu „Rodzina 500+” nie było troską o przyszłe pokolenia. Zwróćmy również uwagę na fakt, że pieniądze nie są przeznaczane na nowo urodzone dzieci, ale także na te, które już się urodziły Żadna obietnica wyborcza składana przez polityków przed wyborami parlamentarnymi nie wywoływała takich emocji. To właśnie ten postulat najprawdopodobniej przyniósł zwycięstwo w wyborach PiSowi, gdyż tą obietnicą „kupił” on znaczną część niezdecydowanych wyborców. Politykę obecnego rządu można bez wątpienia nazwać zwiększeniem ingerencji państwa w gospodarkę i życie obywateli. Od wygrania wyborów, poza „500+” wprowadzili oni kolejne programy socjalne takie jak: „Mieszkanie +”,czy „Żłobek +”. Oprócz niewyciągania wniosków z cudzych błędów, nasi politycy nie wyciągają też wniosków z historii. Ta uczy nas, że wszędzie tam, gdzie pojawiają się zbyt duże ograniczenia, rozwój wcześniej czy później będzie musiał spowolnić. Już teraz spadek inwestycji jest największy od 7 lat i wynosi 7.7%.

Wróćmy jednak do samej „Rodziny 500+”. Przeciwnicy wypłacania tych świadczeń często zauważają, że taki sam efekt można byłoby osiągnąć zwyczajnie redukując składki na ZUS dla osób w wieku rozrodczym. Byłby to sposób w jakimś stopniu na pewno tańszy, chociażby, dlatego że nie wymagałby zatrudniania 7 tys. nowych urzędników. Czy obniżenie składki do ZUS-u o 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko również nie odciążyłoby portfeli polskich rodzin? Czy obniżenie podatków dochodowych lub mocne podwyższenie kwoty wolnej od podatku nie spełniałoby takiej funkcji? Rząd na pewno nie zniechęciłby Polaków do decydowania się na kolejne dzieci zmniejszając absurdalnie wysoki podatek od pracy czy zwiększając kwotę wolną od podatku, która w Polsce jest jedną z najniższych na świecie i wynosi obecne 3091 zł. Oprócz tego, stawka VAT-u, wynosząca obecnie 23% stawia Polskę w czele z najbardziej „pazernymi” państwami świata. Jednak trzeba zadać sobie pytanie, co dla przeciętnego Kowalskiego brzmi lepiej – zwiększenie, przykładowo, kwoty wolnej od podatku czy „otrzymanie” 500 zł do ręki? Można tu również wskazać pewien aspekt polityczny. Redystrybucja, w przeciwieństwie do obniżki podatków, może zwiększyć kontrolę nad obywatelem, uzależniać go od państwa i tworzyć obraz „wszechmogącego państwa”, które pomaga swoim „poddanym”. Gdy obywatele „otrzymują pomoc” od państwa, to wielu z nich zaczyna myśleć, że bez ingerencji państwa nie daliby sobie rady, a w kolejnych wyborach poprą tych, którzy „dają”, a nie tych, którzy „chcą odebrać”.

Poza oczywistą chęcią wygrania wyborów i późniejszego utrzymania władzy, wyróżnić można jeszcze wyróżnić inny istotny cel prowadzenia takiej polityki: zwiększenie inflacji. Cel inflacyjny to utrzymywanie poziomu inflacji najbliżej odgórnie ustalonej wartości, tj. 2.5% (z dopuszczalnym odchyleniami o 1 pp. w górę lub dół) przez NBP. Oprócz tego, po raz kolejny wracając do teorii J. M. Keynes’a, zwiększona podaż pieniądza przyczynić się ma do „pobudzenia gospodarki”. O tej „wspaniałej recepcie” na rozruszanie gospodarki opowiadała w programie Myśląc Ojczyzna[6] prof. Grażyna Ancyparowicz, która została członkiem Rady Polityki Pieniężnej a jej kandydatura została głoszona przez Prawo i Sprawiedliwość.

Celowo nie skupiałem się na podstawowym założeniu „Rodziny 500+, a dokładnie na wypłacie świadczenia dopiero na drugie i każde kolejne dziecko. To założenie również może ujawniać prawdziwe intencje PiS. Jak wiadomo, świadczenie otrzymywane na pierwsze dziecko, przysługuje wyłącznie rodzinom, w których dochód miesięczny na osobę nie przekracza 800 zł. Czy gdyby rządzący, zgodnie z tym, co deklarują, chcieli przede wszystkim zwiększyć liczbę urodzin w Polsce nie zadbaliby o to, by każda rodzina otrzymała świadczenie na pierwsze dziecko? Politycy Platformy Obywatelskiej mówią dzisiaj, że gdyby to oni teraz rządzili, to polskie rodziny otrzymałyby dodatkowe 500 zł bez względu na ilości dzieci. Na pytanie skąd wzięliby na to pieniądze odpowiadają wprost – z kredytu. Byłoby to jedynie rozszerzenie szkodliwych efektów obecnego programu. U władzy na tę chwilę jest jednak PiS, który prawdopodobnie przebije PO w zadłużaniu państwa polskiego. Jak stwierdził ostatnio sam prezes PiS w wywiadzie dla Reutersa 23 grudnia 2016 r., nie wzrost gospodarczy jest najważniejszy, a sprawiedliwość społeczna, co potwierdzają jego słowa: Podważamy cały gospodarczy mechanizm i chcemy go zakończyć – powiedział Kaczyński. – Ludzie mają tylko jedno życie. Wmawia im się, że muszą być bardzo biedni, żeby polska gospodarka się rozwijała, bo „musimy być bardzo bogaci, żeby zainwestować”. Państwo powinno zająć się całym społeczeństwem – dodał.”[7]

Autor: Dymitr Mroziński

[1] www.pwc.pl/pl/pdf/ulgi-prorodzinne-prezentacja.pdf
[2] money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/500-to-rachunek-na-17-mld-zl-i-nowa-armia,75,0,2010443.html
[3] kpf.pl/pliki/informacjasygnalna/sytuacja_na_rynku_cf_iii_kw_2016.pdf
[4] parlamentarny.pl/spoleczenstwo/500-zl-na-dziecko-wydatki-na-co-wydawane-sa-pieniadze-z-programu-rodzina-500-plus,14262.html
[5]  kpf.pl/pliki/informacjasygnalna/sytuacja_na_rynku_cf_iii_kw_2016.pdf
[6] youtube.com/watch?v=nD9pCJS-UjM
[7] bankier.pl/wiadomosc/Kaczynski-Nie-widze-nic-zlego-w-spowolnieniu-wzrostu-gospodarczego-7490567.html