Narody się bogacą, kiedy ludzie mogą tworzyć wartości

Karol: Sąsiedzie! Tłumaczyłeś, na czym nie bogacą się narody. Opowiadałeś, dlaczego ani podboje i kolonializm, ani niewolnictwo i handel ludźmi nie mogły być przyczyną wzrostu zamożności i radykalnej poprawy jakości życia ludzi, od najbogatszych do najbiedniejszych, które obserwujemy od drugiej połowy XVIII wieku. Powiedz teraz, co według ciebie jest prawdziwą przyczyną bogactwa – bo ja mam swoją teorię!

Frycek: Zaciekawiłeś mnie, Karolu! Jaka to teoria?

Karol: Teraz dla odmiany ja ci opowiem, co i jak! Społeczeństwa bogacą się, ponieważ produkcja towarów staje się coraz wydajniejsza. Zyskuje zaś ten, kto rządzi środkami produkcji! Kiedy podstawową pracą była uprawa roli i mielenie ziarna na mąkę – to bogacił się ten, do kogo należała ziemia rolna i młyny. Mógł zmusić innych do pracy, zabierać owoce ich wysiłku, a im samym zostawiać ochłapy. Kiedy kosę zastąpiła żniwiarka, a potem kombajn, to właściciele środków produkcji – żniwiarek i kombajnów – decydowali o użyciu maszyn, a w konsekwencji o zebranych plonach. Rządzili, bo w ich ręce trafiał produkt pracy robotników obsługujących maszyny. Bogacili się dzięki coraz lepszym środkom produkcji. Najpierw bogacze byli bogaci, bo mieli na własność ziemię uprawną, później fabryki, potem rafinerie, i tak dalej. To oni posiadali narzędzia i maszyny. Dobra wyprodukowane przez robotników zabierali właściciele, a ich resztki „skapywały” powoli ku pracującym masom, tak że również ich los ostatecznie nieco się poprawiał.

Frycek: Karolu, potrafisz dostrzec część zjawiska, ale nigdy całość, i widzisz poszczególne elementy, ale błędnie je łączysz. To prawda, że pojawiały się nowe środki produkcji, czyli po prostu lepsze i wydajniejsze metody tworzenia i dostarczania towarów i usług. Dzięki temu można było produkować więcej, szybciej i taniej przy użyciu mniejszego niż dotychczas nakładu pracy i wysiłku ludzkich mięśni.

Ale dlaczego z tego trafnego spostrzeżenia wyciągnąłeś wniosek, że muszą istnieć dwie wrogie grupy: właściciele środków produkcji i robotnicy pracujący przy obsłudze tych środków? Po pierwsze, nowe narzędzia pracy i nowe surowce albo nieznane wcześniej siły wytwórcze nie muszą oznaczać wielkiej fabryki wartej fortunę, a przekazywanej z pokolenia na pokolenie w rodzinie bogatych kapitalistów. Często są to proste innowacje, które szybko stają się szeroko dostępne dla mas. Mówisz, Karolu, że „środki produkcji” zawsze należą do bogatego właściciela wykorzystującego robotników. A „środkiem produkcji” był przecież garaż Susan Wojcicki, w którym Larry Page i Sergey Brin zapoczątkowali działalność znaną dzisiaj jako Google. „Środkiem produkcji” był zwykły komputer z podłączeniem do internetu w studenckim pokoju Marka Zuckerberga, gdzie powstał Facebook. Luźne kartki zapisywane chaotycznie w czasie podróży pociągiem, a później prosta maszyna do pisania – to były „środki produkcji” J.K. Rowling, która stworzyła przy ich użyciu pierwszą powieść o Harrym Potterze i zapoczątkowała serię, dzięki której osiągnęła majątek większy niż królowa brytyjska.

Po drugie: dlaczego zakładasz, że nowe środki produkcji po prostu pojawiają się magicznie znikąd – zamiast zastanowić się, skąd one się biorą i jak powstają? Ani kosa, ani żniwiarka, ani kombajn, o których mówiłeś, nie wzięły się z powietrza. Tak samo jak bogactwo ludzi i narodów.

Karol: Powiedz mi zatem, wszystkowiedzący sąsiedzie, skąd to wszystko się bierze, od kosy przez kombajn aż po bogactwo świata.

Frycek: Od najprostszego pomysłu po najbardziej zaawansowany wynalazek, od sztuki rozpalania ognia po loty w kosmos – wszystko to tworzy człowiek. Jakkolwiek banalnie to nie brzmi, nie jest to samo oczywiste. Człowiek nie ma mocy creatio ex nihilo – nikomu z nas nie jest dane stwarzać coś z niczego. W jakim sensie zatem człowiek tworzy? Spójrzmy na trzy przykłady: rybaka, piekarza i kierowcy samochodu. Rybak nie potrafi wyczarować większej liczby ryb do wykarmienia ludzi, piekarz pomnożyć bochenków chleba dla klientów, a kierowca magicznie napełnić paliwem pusty bak samochodu. Wybór dotyczący tego, co człowiek uzna za wartość służącą jego życiu i życiu innych, należy w danym kontekście miejsca, czasu i okoliczności tylko do niego – ale sam wybór nie wystarczy: filety rybne, bochenki chleba ani kanistry z paliwem nie leżą sobie po prostu w stanie natury, gotowe do wykorzystania. Człowiek nie odnajduje większości niezbędnych wartości wokół siebie, wręczonych przez przyrodę – wręcz przeciwnie: przyroda zapewnia jedynie niezbędny materiał, który on później przekształca dzięki rozumowi i nabytym umiejętnościom we wszystko, co będzie mu służyć. Tutaj tkwi sedno sprawy: człowiek jest twórcą niezbędnych mu wartości. Może przekształcić elementy świata wokół siebie, aby stały się dla niego większą wartością. Rybak może próbować chwytać ryby w rzece gołą ręką – albo poświęcić czas i wysiłek na zrealizowanie pomysłu, który w przyszłości właśnie czasu i wysiłku mu zaoszczędzi: zaostrzyć koniec kija, wykonać dzidę i wykorzystać ją do skuteczniejszego łapania ryb. Może pójść krok dalej i zawiesić na kiju zanurzoną w wodzie przynętę, i skorzystać z tak skonstruowanej wędki, aby oszczędzić sobie wysiłku używania dzidy. Może wreszcie upleść sieć rybacką i łowić każdorazowo wiele ryb. Podobnie z piekarzem. Niegdyś ludzie piekli na żarze proste podpłomyki z mąki i wody; aż jeden z nich nauczył się dodawać drożdże i odkrył, że dzięki temu pieczywo rośnie i lepiej zaspokaja głód. Czasami taki rozwój trwał stulecia, a czasami był wynikiem geniuszu i pracy jednego człowieka, który w krótkim czasie rewolucjonizował sposób produkowania dobra albo dostarczania usługi. Tak czy inaczej, ludziom żyje się łatwiej, dzięki wysiłkom ich przodków, którzy tworzyli kapitał, akumulowali go, odtwarzali, gdy się zużył i przekazywali kolejnym pokoleniom.

Karol: Wszystko to brzmi pięknie, sąsiedzie, ale co to ma wspólnego z bogactwem, którego zaczęło przybywać od rewolucji przemysłowej? Nie była to przecież zasługa rybaków ani piekarzy!

Frycek: Cierpliwości – wszystko się ze sobą łączy. Został nam ostatni przykład, o którym wspomniałem: kierowca samochodu. Jego praca polega na przewożeniu ludzi albo towarów – kierowca nie tworzy fizycznych produktów sprzedawanych klientom, ale świadczy usługi, które inni uznają za wartość i dlatego są gotowi za nie płacić. Kierowca nie obejdzie się bez samochodu, a samochód – bez paliwa. Skąd bierze się paliwo, które umożliwia funkcjonowanie silnika i, w konsekwencji, pozwala na istnienie zawodu kierowcy? Możesz powiedzieć: przecież paliwa kopalne się wydobywa! To prawda – ale pomyśl, że ropa naftowa, z której produkujemy paliwa, znajdowała się pod naszymi stopami od zawsze. Ludzie od dawna wiedzieli o jej istnieniu i nawet znajdowali dla niej pewne zastosowania: ropa służyła niekiedy za smar albo składnik lekarstw dla zwierząt. Tyle że mimo sporadycznego wykorzystania jej przez naszych przodków ropa pozostawała przez wieki średnio użyteczną ciemną mazią. Nikomu nie przyszłoby do głowy prowadzenie skomplikowanych odwiertów, aby dostać się do podziemnych pokładów czarnej cieczy. Wszystko się zmieniło, kiedy Ignacy Łukasiewicz przeprowadził frakcjonowaną destylację ropy i otrzymał z niej naftę, a później znalazł dla niej zastosowanie w nowo skonstruowanej lampie naftowej. Nawet gdy lampy naftowe zostały wyparte przez żarówki elektryczne, poszczególne frakcje otrzymywane w wyniku destylacji i rafinacji ropy pozostały podstawowymi surowcami energetycznymi i fundamentem nowej gałęzi gospodarki: przemysłu rafineryjnego. Właśnie wskutek odkrycia właściwości ropy i sztuki jej rafinacji kierowca samochodu może wygodnie zajechać na stację paliw i zatankować bak do pełna – a dzięki podziałowi pracy nie musi się ani chwilę zastanawiać, skąd i jak paliwo znalazło się na stacji!

Ta sama czarna maź, dla której dawniej ledwie znajdowano zastosowanie, stała się i jest do dzisiaj cennym surowcem. Stanowi ogromną wartość dla miliardów ludzi na świecie, którzy każdego dnia korzystają z powstałych na bazie ropy produktów: w transporcie, energetyce i dziesiątkach innych dziedzin życia.

Co się zatem zmieniło, najpierw w Europie Zachodniej i w USA, a później stopniowo w innych rejonach świata, że od połowy XVIII wieku ludzkość doświadcza bezprecedensowego wzrostu bogactwa? Otóż pojawiły się jednostki, a później społeczeństwa, które zrozumiały to, o czym sam teraz ci opowiadam. Po raz pierwszy znaleźli się tak liczni ludzie, którzy uszanowali innowacyjność i produktywną pracę twórczych umysłów, i pojęli, nawet jeśli nie w pełni, dlaczego swoboda przepływu zarówno idei, jak i towarów, jest kluczowa dla tworzenia nowych wartości służących wszystkim. Z jednej strony społeczeństwa Zachodu po raz pierwszy tak masowo poczuły potrzebę zrozumienia, choćby częściowego, procesów gospodarczych, zjawisk rynkowych i spontanicznego porządku tworzącego harmonijną współpracę w społeczeństwie. W symbolicznym roku 1776 – tym samym, w którym ogłoszono Deklarację Niepodległości Stanów Zjednoczonych – Adam Smith wydał Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, które otworzyły nowy etap w kształtowaniu się „najmłodszej z naukˮ, jak nazwał ją Ludwig von Mises: ekonomii. Ludwig von Mises napisał w pracy Mentalność antykapitalistyczna, że przez kilka dekad XIX wieku literaturą najchętniej czytaną w Anglii była właśnie literatura ekonomiczna. Z drugiej strony po raz pierwszy tak powszechnie doceniono rolę i znaczenie przedsiębiorców – o czym można przeczytać szczegółowo w trylogii Era burżuazji. Innowatorzy i dostarczyciele nowych towarów i usług zaczęli stawać się pełnoprawną grupą społeczną: przestali być jedynie pogardzanymi dorobkiewiczami i groszorobami przeciwstawianymi elicie.

To wszystko złożyło się na impuls, który wyzwolił ludzką wynalazczość, innowacyjność, przedsiębiorczość i produktywność – z czego możemy korzystać po dziś dzień, kiedy zamożność i jakość życia nawet najuboższych członków rozwiniętych społeczeństw jest nieporównywalnie większa od tej, jaką znali sami królowie dawnych wieków.

Autor
Mateusz Błaszczyk

Bibliografia

Ludwig von Mises, Mentalność antykapitalistyczna, wyd. Arcana, 2000.

Ibidem, Ludzkie działanie, Wrocław 2007.

Deirdre Mc Closkey, Burżuazyjna godność. Dlaczego ekonomia nie potrafi wyjaśnić współczesnego świata, Wrocław 2017.