Jedną z podstawowych różnic (choć oczywiście nie jedyną) między prywatnymi inwestycjami dokonywanymi przez ludzi lub firmy a publicznymi inwestycjami dokonywanymi przez państwo jest źródło finansowania takich wydatków.

Przedsiębiorca na wolnym rynku musi rozsądnie lokować swój prywatny kapitał i rozważać, czy zainwestować pieniądze w X czy w Y, ponieważ trafne przewidywanie skutków inwestycji przyniesie mu zysk, a błędne – stratę. Każda pomyłka może go drogo kosztować.

Państwo nie ma „swojego prywatnego kapitału”, a dysponuje jedynie budżetem publicznym: pieniędzmi zebranymi w podatkach lub biorącymi się z powiększania długu publicznego, albo pochodzącymi ze zwiększania podaży pieniędzy w gospodarce, czyli z inflacji. Co to zmienia? Budżet państwa jest teoretycznie ograniczony: podatków nie można podwyższać w nieskończoność, w wielu krajach obowiązuje ustawowy bądź konstytucyjny limit zadłużenia budżetu, a niekontrolowana inflacja kończy się tragedią hiperinflacji, czego przykładami są między innymi hiperinflacja w Zimbabwe czy nie tak dawna w Wenezueli. W praktyce jednak możliwości zwiększania wydatków państwa dalece przekraczają możliwości prywatnych podmiotów, które nie mają dostępu do pieniędzy gromadzonych metodami państwa.

Cudowny Wynalazek

Budżet państwa jest znacząco mniej ograniczony niż budżet prywatnych podmiotów, a to może przywieść nas do pytania: czy nie potraktować tego jako zalety? Czy mimo wszystko nie warto, aby państwo – dysponujące elastycznym budżetem, który może podreperować podatkami, długiem publicznym albo inflacją – finansowało przełomowe odkrycia, genialne wynalazki, najnowsze technologie i wszystko, co mogłoby ułatwić życie każdemu z nas? Pal sześć zmarnowane pieniądze; do diabła z mechanizmem zysków i strat! Czy nie warto, aby politycy przeznaczyli górę publicznych pieniędzy na inwestycję, która zmieni świat? Być może taka inwestycja jest zbyt wymagająca albo ryzykowna dla sektora prywatnego? Może epokowe osiągnięcia nauki i techniki są jednak warte zainwestowania gigantycznych sum pieniędzy, nawet jeśli będą to pieniądze publiczne i nawet jeśli mamy świadomość, że część z nich zostanie zainwestowana nietrafnie?

Popuśćmy wodze fantazji. Wyobraźmy sobie spektakularne i przełomowe nowe technologie, które mogłyby powstać dzięki finansowaniu państwa, a które nie powstają, ponieważ sektor prywatny jest zbyt zachowawczy i boi się w nie inwestować. A może po prostu przedsiębiorcy są zbyt chciwi i egoistyczni i nie sponsorują projektów, jeśli nie widzą w nich wyraźnych zysków już tu i teraz?

Wyobraźmy sobie Cudowny Wynalazek, który ułatwiłby życie każdemu z nas: może to być silnik oparty o metodę zimnej fuzji, lek na każdy typ nowotworu złośliwego, urządzenie służące do teleportacji albo nawet perpetuum mobile (nieważne, że jest sprzeczne z drugą zasadą termodynamiki; pozwólmy sobie pomarzyć!). To nic, że politycy zwiększają wydatki publiczne – w końcu państwo nie musi martwić się wymiernym rachunkiem zysków i strat, jak muszą to robić prywatne przedsiębiorstwa, a my mamy pomysł na coś tak przełomowego, że wszystko inne przy tym blednie! Zapomnijmy o problemach i władujmy w projekt Cudownego Wynalazku tonę publicznych pieniędzy, zainwestujmy w niego tak dużą część budżetu państwa, jak to tylko możliwe, zatrudnijmy najwybitniejszych naukowców na świecie, zapewnijmy im najdoskonalszy sprzęt i najlepsze warunki pracy – a na pewno osiągniemy sukces i nasz Cudowny Wynalazek ujrzy światło dnia!

Albo–albo, czyli dlaczego nie można mieć wszystkiego

Być może tak będzie: być może Cudowny Wynalazek faktycznie zostanie, cóż, wynaleziony – i naprawdę odmieni oblicze świata. To jest to, co widać. Ale tutaj przychodzi ze swoimi wątpliwościami stary Frederic Bastiat. Bastiat mówi: tak, to wszystko prawda – macie swój Cudowny Wynalazek. To widać. Ale wiecie, czego nie widać? Nie widać wszystkich innych straconych możliwości, zaprzepaszczonych szans, zlekceważonych pomysłów i niewykorzystanego potencjału. Wszystkie środki, które poszły na pracę nad Cudownym Wynalazkiem – nie poszły na żadne inne cele, być może nie tak wiekopomne i spektakularne, ale równie ważne, a może i ważniejsze. Gigantyczne fundusze, dzięki którym powstał Cudowny Wynalazek: to nie tylko powstanie jednego Cudownego Wynalazku. To także dziesiątki, setki, tysiące inicjatyw, na które nie starczyło pieniędzy, czy też zasobów, bo politycy, ostateczni włodarze pieniędzy publicznych, zadecydowali inaczej. Skoro pieniądze podatników poszły na Cudowny Wynalazek – to nie poszły na rozwój firm, budowę domów, kupno samochodów, wyposażenie szkół, modernizację szpitali, badania nad nowym rodzajem pieluch, które ułatwiłyby życie młodym matkom, albo nad tańszą metodą produkcji wędlin, która obniżyłaby ceny szynki w sklepach. Te wszystkie małe, drobne, niespektakularne rzeczy – to jest to, czego nie widać, i to, co straciliśmy.

Ayn Rand spuentowała takie podejście następująco: „Podbój kosmosu jest absurdem, jeśli jest przymusowo finansowany przez biedaków, którzy nie mają pieniędzy na kupno butów”.

Zaraz–zaraz, ktoś może zawołać: przecież nikt dzisiaj w prawdziwym świecie nie postuluje przeznaczania większości budżetu państwa na jakiś hipotetyczny Cudowny Wynalazek. To prawda – ale analogiczne propozycje pojawiają się raz po raz: należy zwiększyć tyle-a-tylekrotnie nakłady państwa na służbę zdrowia; albo: należy przeznaczyć o tyle-a-tyle więcej pieniędzy publicznych na szkolnictwo i edukację; albo: takie-a-takie sumy pieniędzy powinny zostać przeznaczone na pomoc najuboższym. Tyle że jak długo zwolennicy takich rozwiązań nie powiedzą wyraźnie i wprost, kosztem czego zostaną zwiększone wydatki na ich główny cel (taki lub inny) – tak długo ich propozycja będzie analogiczna do przykładu Cudownego Wynalazku. Być może będzie to koszt wart poniesienia, ale tę decyzje można podjąć dopiero wtedy, gdy ów koszt jest znany.

Zasoby tego świata są rzadkie – i można je przeznaczyć tak albo inaczej, ale nigdy nie starczy ich na wszystkie zachcianki, choćby i te najszlachetniejsze.

Autorem scenariusza jest Mateusz Błaszczyk