Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
9 058 odsłony

Teoria skapywania – teoria, która nie istnieje

Teoria skapywania, skapywanie bogactwa, po angielsku trickle-down theory lub trickle-down economics, to termin określający pogląd, że gdy da się bogatym więcej pieniędzy, lub też mniej im się zabierze w formie podatków, to ich bogactwo będzie w jakiś sposób skapywać na biednych poprawiając ich los. Jest jednak pewien problem z teorią skapywania. Ona nie istnieje i nigdy nie istniała. Nie istnieje żadna ekonomiczna teoria zwana teorią skapywania i żaden ekonomista nigdy nie postulował takich rozwiązań. Teoria skapywania jest populistycznym, politycznym hasłem, używanym przez przeciwników wolności gospodarczej, w celu ośmieszenia postulatów strony przeciwnej i uniknięcia dyskusji o meritum. Jest sofizmatem rozszerzenia, potocznie zwanym „atakowaniem chochoła”, błędem logicznym polegającym na sprawianiu wrażenia, że obala się argument oponenta w dyskusji, a tak naprawdę obala się jego przeinaczoną lub wyolbrzymioną wersję. Buduje się własną osłabioną wersję argumentu oponenta – czyli tzw. chochoła – po czym się ją atakuje i obala.

Ekonomista Thomas Sowell rzucił wyzwanie, aby ktokolwiek wskazał chociaż jednego ekonomistę z jakiejkolwiek szkoły ekonomicznej, który faktycznie opowiadałby się za „teorią skapywania”. Po roku, gdy nikomu nie udało się takiego nazwiska wskazać, napisał:

„Rok temu w tej kolumnie rzuciłem wyzwanie aby ktokolwiek zacytował jakiegokolwiek ekonomistę (…) który kiedykolwiek optował za teorią skapywania. Wielu ludzi cytowało Davida Stockmana jako tego, który twierdził, że inni podali taki argument. Ale David Stockman nie był nawet wśród pierwszego tysiąca osób, które tak twierdziły. To co jest kluczowe, to fakt, że żadna z osób, które wysunęły takie twierdzenie, nie potrafiła dostarczyć nawet jednego cytatu od kogokolwiek, kto postulowałby teorię skapywania”[1]

„Dawanie” bogatym

Żaden zwolennik wolności gospodarczej nie twierdzi, że należy coś komukolwiek „dawać” wykorzystując przymus, ale na moment przyjmijmy, że tak jest. Jeśli faktycznie istniałby jakiś pomysł aby pomagać biednym poprzez dawanie bogatym, to od razu rzuca się w oczy oczywiste pytanie: Czemu miałyby służyć takie kombinacje? Przede wszystkim najpierw należałoby te pieniądze odebrać wszystkim podatnikom (w tym biednym, bo gdyby odebrać je jedynie bogatym, a potem im je zwrócić to nie byłoby mowy o „dawaniu”), następnie wręczyć je bogatym tylko po to, aby w jeszcze dalszej kolejności częściowo trafiły one do biednych. Ten bardzo pokrętny tok rozumowania nie daje się logicznie uzasadnić. Jeśli zwolennicy gospodarki wolnorynkowej chcieliby pomóc biednym poprzez wręczanie im pieniędzy, to dlaczego mieliby się uciekać do takiej okrężnej drogi – obdarowywać nimi najpierw bogatych w nadziei, że część z nich trafi do biednych – zamiast ominąć pośrednika i wręczyć pieniądze biednym od razu?

Wolność gospodarcza opiera się na dobrowolnych relacjach. Jedyna sytuacja, gdy bogaty coś „dostanie” na rynku, to taka, gdy zaoferuje komuś pożądane przez niego dobro, a ten, który tego dobra pożąda, zapłaci za nie. Wśród zwolenników wolności gospodarczej istnieje ostry i zdecydowany sprzeciw wobec specjalnych przywilejów dla jakiejkolwiek grupy oraz regulacyjnych barier utrudniających lub uniemożliwiających konkurowanie z dużymi podmiotami gospodarczymi o pozycję na rynku. Istnieje sprzeciw wobec ratowania upadających przedsiębiorstw z pieniędzy podatników czy subsydiowania działalności wybranych podmiotów. Gospodarka rynkowa nie jest dla bogatych, lecz dla konsumentów, czyli dla nas wszystkich. Żaden jej zwolennik nie będzie tęsknił za korporacją, która w wyniku działania konkurencji straciła swój udział w rynku na rzecz małych, lecz licznych innowatorów, którzy lepiej zaspokoją potrzeby konsumenta (czyli nasze) i efektywniej wykorzystają rzadkie zasoby.

To, co postulują zwolennicy wolności gospodarczej, to umożliwienie ludziom bogacenia się poprzez dobrowolną wymianę wartości za wartość, niezależnie od poziomu z którego startują, zapewniając im niezbędną do realizacji tego celu ochronę prawa własności i innych praw jednostkowych, przy zachowaniu zasady równości wobec prawa. Tu dochodzimy do sedna: wolność gospodarcza nie polega na dawaniu pieniędzy „innym-niż-dotychczas” grupom osób, lecz na znoszeniu barier uniemożliwiających lub utrudniających ludziom zarabianie pieniędzy oraz ich wydatkowanie zgodnie ze swymi preferencjami. Przeciwnicy wolności gospodarczej próbują sprowadzić spór do argumentu: „my chcemy dać biednym, a oni bogatym i próbują nam wmówić, że biedni na tym skorzystają”. W rzeczywistości jednak spór odbywa się na linii „dobrowolność vs. przymus”.

„Dawanie” poprzez obniżki podatków

Należy podkreślić, że obniżka podatków nie jest podarunkiem. Aby stwierdzić, że obniżka podatków jest rodzajem grantu, należałoby uznać, że wszystkie pieniądze zarobione przez ludzi należą domyślnie do rządu, a jakakolwiek obniżka podatków jest jedynie zgodą na zatrzymanie przez ludzi rządowych pieniędzy. W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. Pieniądze domyślnie należą do ludzi, którzy je zarobili i obniżka podatków jest pozostawieniem większej ilości ich pieniędzy w ich kieszeniach. Inną sprawą jest fakt, że zwolennicy wolności gospodarczej nie postulują obniżki podatków wyłącznie dla bogatych, lecz dla wszystkich. Jeśli wciąż istnieje przekonanie, że są oni „adwokatami bogatych” to niech remedium na to twierdzenie stanowią słowa Ludwiga von Misesa:

Trzeba jednak zauważyć, że fakt, iż zwolennicy wolności gospodarczej nie są „adwokatami” bogatych, nie oznacza, że są „adwokatami” biednych. Jeśli już można by użyć takiej analogii, to należałoby ich nazwać ”adwokatami” konsumentów (nas wszystkich – warto to podkreślać na każdym kroku) i jak największej efektywności zaspokajania ich potrzeb. Drogą do tego celu – celu podporządkowania gospodarki efektywnemu zaspokajaniu potrzeb konsumenta – jest wspomniana swoboda działania i minimalizacja przymusu, w tym przymusu podatkowego. Niskie podatki – możliwość zachowania większej ilości wypracowanych pieniędzy – stanowią najlepszą zachętę, aby pracować ciężko i podejmować ryzyko. Innym pozytywnym skutkiem niższych stawek podatkowych jest większa akumulacja kapitału, który stanowi podstawę dla inwestycji. Bynajmniej kapitał ten nie służy jedynie bogatym. Służy każdemu człowiekowi, który ma pomysł na zyskowną inwestycję i jest gotów podjąć ryzyko. Nie musi on już sam gromadzić kapitału przez wiele lat. Może pożyczyć go od osób, które go zakumulowały.

Skapywanie bogactwa

Jak już wspomnieliśmy we wstępie, nie ma ekonomisty, który postulowałby „teorię skapywania” , gdyż takiej teorii nie ma. Samo nazwanie jej „chochołem”, bez wyjaśnienia co naprawdę postulują zwolennicy swobody gospodarczej, byłoby jednak odpowiedzią równie mizerną co zarzut. Odrzuciliśmy już oskarżenia o chęć „dawania” bogatym pieniędzy oraz wyjaśniliśmy, że obniżka podatków nie jest darowizną. Teraz zajmijmy się samą koncepcją „skapywania”.

Kwestią, przy której należy wyrazić swój sprzeciw już na początku, jest sposób dzielenia ludzi na „raz na zawsze ustalone klasy” biednych i bogatych. Oczywiście nie będziemy zaprzeczać faktom, że są ludzie posiadający o wiele większy majątek niż inni ludzie – to jest nie do podważenia. Stwierdzenie tego faktu nie stanowi problemu. Problem stanowi sugestia, że taki stan rzeczy jest permanentny i z góry ustalony. Sugeruje się, że – niczym w feudalizmie – role w społeczeństwie są ustalone raz na zawsze. Jeśli ktoś jest biedny, biednym pozostanie i jedyne na co może liczyć to owe „skapnięcie” bogactwa ze stołu zamożnych. Natomiast jeśli ktoś jest bogaty, pozostanie taki niezależnie od wszystkiego i ewentualnie, przez własną nieuwagę, „zgubi” coś ze swojego majątku na rzecz biednego. Tworzy się w ten sposób wrażenie „walki klas”, wielkiego konfliktu dwóch grup o sprzecznych interesach. Taki obraz świata jest fałszywy z co najmniej dwóch powodów.

Pierwszy to taki, że w gospodarce rynkowej role nie są określone raz na zawsze. Ludzie mogą swobodnie działać i od ich działań zależeć będzie ich status materialny. Prawdopodobne jest zarówno to, że biedny się wzbogaci, jak też to, że bogaty straci swój majątek (przy czym jeden nie musi stracić aby inny zyskał). Każdy ma szansę się bogacić i jego dzisiejszy status majątkowy nie warunkuje jutrzejszego. Wielkość dotychczas zgromadzonego kapitału nie gwarantuje sukcesu na rynku, tak jak jego brak nie warunkuje porażki. Nie liczą się przeszłe sukcesy czy zasługi. Kluczowe znaczenie ma przedsiębiorczość – działanie nastawione na niepewną przyszłość. Wobec niej wszyscy są równi, gdyż nikt nie posiada wiedzy na temat przyszłych wydarzeń. Wiele słyszy się o 1% najbogatszych ludzi, jednak rzadko kiedy pamięta się o tym, że na szczycie występuje rotacja. Dowodem na to niech będzie fakt, że blisko 70% osób z listy 400 najbogatszych amerykańskich biznesmenów, przygotowanej przez magazyn Forbes w 2014 roku, dorobiło się swojego majątku samodzielnie, czyli nie odziedziczyło go po bogatych rodzicach.[2]

Drugi powód to taki, że interesy bogatych i biednych nie są sprzeczne. Rynek nie jest grą o sumie zerowej. Nie ma jednej, ustalonej przed wiekami, ilości bogactwa do podziału jak głosi popularny mit. Najprostszym sposobem, aby się o tym przekonać, jest prześledzenie światowego realnego PKB na głowę (PPP) od roku 1600 do 2008. Ogromne przyrosty nowej wartości w gospodarce od czasu rewolucji przemysłowej ostatecznie rozprawiają się z tym mitem. Szczególnie wyraźnie widać to w krajach okcydentu, w których przyjęto zasady gospodarki rynkowej najszybciej i najbardziej konsekwentnie.

Nic dziwnego, że ludzie przekonani o stałej ilości bogactwa do podziału mówią o „walce klas”. Istotnie, gdyby ilość bogactwa nie mogła się zwiększać, to jedyną możliwością, aby ktoś mógł mieć go więcej byłoby odebranie go komu innemu lub oczekiwanie na jego „skapnięcie”. W takiej sytuacji bogacenie się jednego odbywałoby się kosztem innego. Uzasadnionym byłoby wówczas martwienie się nieproporcjonalnością podziału bogactwa w społeczeństwie. Taka sytuacje nie występuje jednak w rzeczywistym świecie. Ilość bogactwa nie jest stała a bogacenie się jednego nie oznacza, że inny popadnie w ubóstwo. Jest wręcz przeciwnie. Poprzemy to kolejnymi danymi, tym razem na temat osób żyjących w skrajnym ubóstwie. Jak widzimy na poniższym wykresie, mimo ciągłych doniesień medialnych, że bogaci stają się coraz bogatsi, poziom biedy na świecie wciąż się zmniejsza. W roku 1820 osoby żyjące za mniej niż 2 dolary dziennie stanowiły oszałamiające 94% populacji świata. W czasie tworzenia wykresu, prognozowano, że w 2015 roku, osoby żyjące za mniej niż 1,9 dolara dziennie miały stanowić „jedynie” 9,6%. Wzięliśmy słowo jedynie w cudzysłów, gdyż wciąż ten procent jest wysoki. Chcemy oczywiście, aby był mniejszy. Jest to proces, który nie zaistnieje w ciągu jednego dnia. Jednak warto zwrócić uwagę na to co już zostało osiągnięte, oraz na to, że bardzo szybko – coraz szybciej – podążamy we właściwym kierunku.

Można by jednak podważać te dane mówiąc, że to jedynie relatywne ujęcie. Procentowo biednych może ubywać, ale przecież może ich przybywać liczebnie, liczba ludności na świecie wciąż rośnie. Tak również nie jest, co pokazuje poniższy wykres. Było tak do lat 70-tych, jednak od lat 70-tych liczba biednych spada również w ujęciu bezwzględnym. Jak już wcześniej wspomnieliśmy – jest to proces i idzie on we właściwym kierunku.

Jedynym sposobem, aby wzbogacić się na nieregulowanym rynku, jest sprawne zaspokajanie potrzeb konsumentów i tym samym podnoszenie ich standardu życia. Osiągany zysk świadczy o stworzeniu nowej wartości dla konsumentów; o efektywnym wykorzystaniu rzadkich zasobów. Nie wymaga to zresztą dalszego dowodu. Aby zrozumieć rolę przedsiębiorcy działającego dla zysku, wystarczy rozejrzeć się po pomieszczeniu, w którym aktualnie przebywamy i zadać sobie pytania: Ile z rzeczy, które widzę wyprodukowałem sam? Ile czasu i środków pochłonęłaby ich produkcja, gdybym miał teraz zrobić to samodzielnie? Czy zostałem zmuszony do ich zakupu, czy jednak były one przeze mnie pożądane?

Postulat zatem jest prosty: pozwólmy ludziom bogacić się poprzez służenie sobie nawzajem. Do tego potrzebna jest swoboda działania.

Nie zapominajmy o pracy

Zdawać by się jednak mogło, że mówiąc dotychczas o relacji przedsiębiorca-konsument zapominamy o ważnej kwestii pracy najemnej. Przecież częstszym powodem sprzeciwu wobec wolnej przedsiębiorczości nie jest „dbałość” o konsumenta, lecz o pracownika (mimo, że jest to jedna i ta sama osoba). Być może jej przeciwnicy przyznają nawet, że potrzeby konsumenta są zaspokajane lepiej, niż w sytuacji, gdy gospodarka byłaby zarządzana metodami biurokratycznymi, jednak ich sprzeciw budzi zysk, który właściciel przedsiębiorstwa ośmiela się zachować dla siebie zamiast przekazać go w całości swoim pracownikom lub też wydać na konsumpcję, aby „pobudzić gospodarkę”. Pan Piotr Sokołowski, w swoim artykule krytykującym „teorię skapywania” przypisał jej rzekomym zwolennikom następujące słowa:

„Oto żądając pieniędzy dla tych co mają ich aż nadmiar (nie wiedzieć czemu samemu do nich należąc), nie jesteśmy wcale chciwi, otóż my tak naprawdę dbamy o los najbiedniejszych, bo przecież dniami i nocami nie myślimy o niczym innym niż stworzenie miejsc pracy. Nie muszę chyba dodawać, że miejsca pracy nie powstają tak o sobie, albo z jakiegoś porywu dobroczynności lecz po to aby pracodawca mógł na nich zarobić, co nie jest jakoś szczególnie dziwne, tylko po co aż tak oszukiwać samego siebie, tylko po to aby móc uchodzić wśród podobnych sobie za wcześniej wspomnianego dobroczyńcę.”[3]

Mimo tego, że Pan Sokołowski błędnie założył istnienie „teorii skapywania” oraz istnienie jej zwolenników, ma on rację w dalszej części swojej wypowiedzi. To prawda, że przedsiębiorcy nie dbają o tworzenie miejsc pracy per se. Nie jest to celem ich działalności. Tworzenie miejsc pracy jest jedynie środkiem do celu, jakim jest wspomniane wyżej zaspokajanie potrzeb konsumenta, ponieważ to zapewnia zysk. Prawdą jest również, że gdy zakup maszyny okaże się tańszy od zatrudniania pracownika, pracownik straci pracę lub nie zostanie zatrudniony. To wcale jeszcze nie oznacza, że pracownik jest w tym układzie poszkodowany. Przedsiębiorca nie stosuje wobec niego przymusu. Pracownik dobrowolnie zgadza się na określoną płacę za wykonanie określonej pracy. Nikt nie daje mu dożywotniej gwarancji zatrudnienia. Podobnie jak nikt nie daje na wolnym rynku gwarancji przedsiębiorcy, że nie zbankrutuje. Przedsiębiorca wypłaca pensje pracownikom nawet jeśli stworzony przez firmę produkt przyniesie straty. Nikt nie jest pracownikowi ani przedsiębiorcy nic winien ponad to, co zostało określone w umowie. Potępianie przedsiębiorcy za to, że nie czyni dodatkowych wyrzeczeń, aby poprawić los pracownika jest niedorzeczne. Równie dobrze można by potępiać pracownika, że nie żąda niższej płacy, aby poprawić sytuację przedsiębiorcy. To prawda, że pracownik może (choć nie musi) mieć mniej pieniędzy niż przedsiębiorca i tym samym bardziej ich potrzebować. Jednak to nie zmienia w żaden sposób sytuacji. To, że pracownik może bardziej potrzebować pieniędzy, jeszcze nie upoważnia go do pieniędzy swojego pracodawcy ponad umówioną kwotę, na którą obaj wyrazili zgodę. Daliśmy się jednak wciągnąć w niewłaściwą wymianę zdań, gdyż broniąc decyzji przedsiębiorcy o wysokości płacy, przyznajemy, że to on tę decyzję podejmuje. Jest to tylko częściowo prawdą. W dalszej części artykułu Pan Sokołowski pisze:

„Przecież to nie żadna niewidzialna ręka ustala pensje, tylko pracodawcy patrząc ile płacą inni pracodawcy. No chyba nie oczekujemy, że będą płacić więcej niż muszą? A jeśli spróbują to będą mieli problemy z konkurencyjnością.”[4]

Widzimy tu pewną sprzeczność. W pierwszej części wypowiedzi autor mówi, że to pracodawcy ustalają pensje na rynku, lecz za moment przyznaje słusznie, że gdyby podjęli inną decyzję to mieliby problemy z konkurencyjnością. Słusznie również zauważa, że to nie niewidzialna ręka je ustala. W rzeczywistości płac nie ustala ani w dowolny sposób pracodawca, ani też niewidzialna ręka rynku. Ustala ją widzialna ręka konsumenta, który sięga po produkt taki lub inny. Problemy z konkurencyjnością nie wynikłyby z pazerności konkurujących przedsiębiorców, chcących płacić swoim pracownikom jak najmniej, lecz z „pazerności” konsumentów, którzy żądają jak najwyższej jakości za jak najniższą cenę. Przedsiębiorca nie może pozwolić sobie na dobroczynność kosztem konsumentów. Technicznie może to oczywiście zrobić, lecz wówczas szybko utraci swoje źródło utrzymania.[5] (w tekście na stronie podajemy linki do dwóch ciekawych przykładów takiego postępowania) Nie znajdziemy lepszego wyjaśnienia tego faktu, niż u Ludwiga von Misesa, który napisał:

„Rzeczywistymi decydentami w kapitalistycznym systemie gospodarki rynkowej są konsumenci. To oni, kupując czy też powstrzymując się od kupna, decydują, kto powinien posiadać kapitał i kierować fabrykami. To oni określają, co ma być produkowane, w jakiej ilości i jaką ma posiadać jakość. Ich postawy prowadzą albo do zysku, albo do strat przedsiębiorcy. To oni sprawiają, że biedni stają się bogatymi, a bogaci biednymi. Niełatwo z takimi szefami. Często kierują nimi kaprysy i dziwne upodobania, są zmienni i nieprzewidywalni. Ani trochę nie dbają o przeszłe zasługi. Jeśli tylko ktoś oferuje im coś lepszego lub tańszego, od razu opuszczają swoich starych dostawców. Dla nich nic nie liczy się bardziej niż własne zadowolenie. Nie zaprzątają sobie głowy ani środkami zainwestowanymi przez kapitalistów, ani losem pracowników, którzy tracą pracę, kiedy rynek przestanie wchłaniać to, co niegdyś z niego znikało”[6]

Zatem krytykując przedsiębiorców za „zbyt niskie” płace, kieruje się swoją krytykę w złą stronę. W zasadzie każdy, kto ubolewa nad niskimi płacami, powinien skierować tę krytykę wobec samego siebie, jako konsumenta, który podczas zakupów nie troszczy się o nic poza najlepszym zaspokojeniem swoich potrzeb. Gdyby przedsiębiorca przeznaczał cały zysk na wynagrodzenia, nie miałby nawet możliwości odtworzenia kapitału, nie mówiąc już o reinwestowaniu zwiększającym produktywność, aby jeszcze lepiej dopasować się do żądań konsumenta.

W sprawie „zbyt niskich” płac…

Można by się spodziewać, że przy tak ogromnych wzrostach populacji na świecie, widocznych na poniższym wykresie, oraz ciągłej automatyzacji procesów produkcji, płace będą spadać, a bezrobocie wystrzeli w górę.

Tak jednak nie jest. Długookresowo realne płace rosną na całym świecie mimo tego, że nie stanowi to celu działalności przedsiębiorców ani też nie wynika to z nadpłacania konsumentów do kupowanych towarów. Na poniższych wykresach widzimy wzrost realnych płac na przykładzie niewykwalifikowanych pracowników budowlanych. Tu znów szczególną uwagę należy zwrócić na kraje rozwinięte, w których te wzrosty są szczególnie spektakularne.

Na kolejnym wykresie widzimy dystrybucję dochodów na świecie w roku 1820, 1970 oraz 2000. Tak jak w 1820 roku zdecydowana większość ludzi żyła w skrajnej nędzy osiągając dochody zbliżone do tych w dzisiejszych najbiedniejszych krajach Afryki[7], tak w 2000 roku „garb” wykresu przesuwa się w prawo co obrazuje wzrost dochodów owej większości.

Stopa bezrobocia w Europie, której spadek został przerwany w wyniku kryzysu finansowego w 2008 roku i kryzysu strefy euro, od 2013 roku znów się obniża. Średnią zawyżają będące w kiepskiej sytuacji gospodarczej Grecja i Hiszpania, gdzie stopa bezrobocia przekracza 20%

A tak przedstawia się to w Stanach Zjednoczonych, gdzie widzimy dużo dłuższy okres. Tu również, mimo dużych wahań związanych z recesjami, nie widzimy niepokojąco wysokiego bezrobocia przy obecnym (wciąż spadającym) poziomie 4,8%.

Można narzekać, że twórcza destrukcja eliminuje niektóre miejsca pracy. Można ubolewać, że zdarzają się sytuacje, w których człowiek pracujący całe życie na danym stanowisku nagle zostaje wyparty przez maszynę. Może to stanowić dla niego niemały problem. Na to miejsce powstają jednak nowe, lepiej płatne i bardziej produktywne miejsca pracy. Jeśli bylibyśmy konsekwentni w ochronie miejsc pracy przed technologią, wciąż jeździlibyśmy powozami a koło naprawiali u kołodzieja. W celu przekazania czegoś innym musielibyśmy udać się do krzykacza miejskiego. W przypadku wizyty na kręgielni, musielibyśmy spędzić tam o wiele więcej czasu, czekając aż kręgle ustawi nam ustawiacz kręgli, który to zawód istniał przed zautomatyzowaniem tej czynności. Tak naprawdę, bez technologii, całkiem prawdopodobne byłoby, że wciąż bylibyśmy wśród 94% osób żyjących w skrajnej nędzy.

Podsumowanie

Dzięki akumulacji kapitału i przedsiębiorczemu działaniu, żyjemy w czasach nieprawdopodobnego w skali historii dobrobytu. Po ponad 200 latach szybkiego rozwoju, automatyzacji oraz ogromnego wzrostu populacji bezrobocie jest stosunkowo niskie, realne płace rosną w długim terminie, a dobrobyt wzrasta dla wszystkich.

Jako ludzkość, uwolniliśmy się od wykonywania wielu nudnych, rutynowych czynności, których dziś nikt nie chciałby wykonywać. Każdego, kto widzi ten ogromny postęp jako zło, należy określić mianem wroga cywilizacji. Mimo wciąż wielu barier stawianych wolnej przedsiębiorczości, każdy ma szansę na poprawę swojego losu. Nie należy tego traktować lekko, gdyż nie wszystkie pokolenia miały ten przywilej. Zabiegając wciąż o większą swobodę działania, warto docenić obecne czasy i uświadomić sobie, że mogliśmy urodzić się w o wiele gorszych.

Nie zawdzięczamy tego wszystkiego absurdalnej i nieistniejącej „teorii skapywania”. Zawdzięczamy to walce kolejnych pokoleń o swobodę działania, a następnie wykorzystywanie tej swobody do oddolnego budowania dobrobytu, poprzez uczestnictwo w podziale pracy i wymiany wartości za wartość. Zdając sobie sprawę, że wciąż jest wiele do zrobienia, gdyż wciąż dostrzegamy możliwość poprawy obecnej sytuacji, pozostaje jedynie kontynuować to dzieło i sprzeciwiać się tendencjom chcącym cofnąć nas do minionych ciężkich czasów.

[1] capitalismmagazine.com/2006/06/the-trickle-down-left-preserving-a-vision/
[2] Mateusz Machaj – „Wolna przedsiębiorczość”, Instytut Ludwiga von Misesa, Wrocław 2016, s. 186
[3] sokolowski.liberte.pl/o-absurdach-teorii-skapywania/
[4] Ibid.
[5] Dwa ciekawe przykłady takiego postępowania znajdziemy w następujących artykułach:
heatst.com/culture-wars/marxist-vegan-restaurant-closes-after-customers-no-longer-willing-to-wait-40-minutes-for-a-sandwich/
entrepreneur.com/article/249313
[6] Ludwig von Mises – „Biurokracja”, PAFERE, Warszawa 2013 s.42
[7] ourworldindata.org/income-inequality/

2017-08-05T18:01:31+00:00 Luty 17th, 2017|Blog, Filmy, Prezentacje|
  • Hemdall
    • To jest publicystyka, a nie akademickie opracowanie. Z tego co spojrzałem to autor próbuje zaatakować przeciwnika jego własną bronią. Nie zmienia to faktu, ze wciąż nie istnieje teoria skapywania w ekonomii.

      • Hemdall

        No tak, ale Jego argumentacja, że osoby „bogate” są w stanie zrobić więcej dla społeczeństwa lub przynajmniej dla biedniejszej części niż osoby „biedne” jest jakimś niegłupim argumentem według mnie 🙂

        • no ale o tym też mówimy w filmie. Gromadzą kapitał, tworzą nową wartość dla konsumenta itd. dodatkowo wiele bogatych osób bardzo mocno działa charytatywnie. Chociażby warto poczytać o akcji „Giving pledge”
          https://givingpledge.org/

          • Hemdall

            Ok, nie twierdzę, że ta teoria istnieje tylko chciałem zauważyć, że niektórzy mogą uważać, że właśnie poprzez takie działania charytatywne itp. teoria ta istnieje i ma racje bytu. Szczególnie, że autorem artykułu jest człowiek który niedawno wydał bardzo fajną książkę a nie pierwszy lepszy dziennikarz 🙂 Ale dzięki za odpowiedź i pozdrawiam.

          • Istnieje takie hasło, więc ludzie go używają. Natomiast nie istnieje takie pojęcie w ekonomii jako nauce:) Pozdrawiam