Pod naszymi filmami pojawiają się często komentarze określonego typu. Zawierają one podobny argument: „gdyby nie było przymusu w (tu pojawia się to, co jest tematem filmu) to jakaś grupa społeczna (bezrobotni, dzieci, emeryci, matki, biedni itd.) na pewno by sobie nie poradzili w życiu, lub mieliby o wiele gorzej”. Chcę wierzyć, że pytania te powstają w wyniku faktycznej troski o bliźniego, więc potraktuję je poważnie i poświęcę im poniższy artykuł.

Przede wszystkim, na wstępie już zaznaczę, że wolnościowiec nie powinien wnikać w to, co będą robić ludzie, gdy będą mieli pełną wolność do decydowania o swoim życiu i będą ponosić konsekwencje swoich działań. Może jedynie rozmawiać o tym, co ON by zrobił w takiej sytuacji. Oczywiście możemy potraktować rozważania w stylu „Co będzie się wtedy działo?” jako dobre ćwiczenie intelektualne, jednak zawsze będą to tylko domysły. Możemy też spoglądać w przeszłość i próbować zorientować się, jak było dawniej, gdy przymusu było mniej, jednak i to nie daje nam żadnej gwarancji, że tak samo byłoby i teraz. Ludzie są inaczej wychowywani, mają inną wiedzę, żyjemy w innych czasach i mamy inne technologie. Różnic jest zbyt wiele, by można było powiedzieć „będzie tak samo jak w XV lub XIX wieku”.

Powtórzę również to, co napisałem już w jednym z komentarzy. Argumentem zawsze jest to, że „inni ludzie” będą mieli gorzej, gdy nie będzie przymusu. Nigdy nie przeczytałem komentarza w stylu: „Ja sobie nie dam rady bez pomocy państwa. Dobrze, że państwo zabiera moje pieniądze i decyduje za mnie o wielu rzeczach, bo ja sam nie umiałbym tego zrobić”. Nie przeczytałem takiego komentarza, bo nie ma najwidoczniej osób, którzy uważają się za tych „innych”. Nawet twardzi zwolennicy socjalizmu zawsze są przekonani, że to oni będą decydować o życiu innych, a nie, że to o ich życiu będzie się decydować. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie korzystając z własnych doświadczeń w interakcji z takimi ludźmi. To jest sytuacja z reklam proszku do prania. Zawsze „zwykły proszek” pierze gorzej, niż ten aktualnie reklamowany. Problem w tym, że żaden z producentów nie uważa swojego proszku za „zwykły”.

Zatem czy wolny rynek oraz ogólnie pojęta wolność rozwiąże wszystkie problemy z jakimi mierzy się ludzkość? Wszystko zależy od działań ludzi. Jeśli ludzie będą idealni, to świat też będzie idealny. Jednak wszyscy wiemy, że ludzie idealni nie są i prawdopodobnie nie będą. Czy dalej będą istniały choroby? Oczywiście. Czy dalej niektórzy ludzie będą biedni? Jasne. Jednak na rynku bez barier, łatwiej im będzie poprawić swój status, jeśli będą tego chcieli. I tu jest kluczowe zdanie – jeśli będą tego chcieli. Niektórzy mogą wybrać ubóstwo z pewnych nieznanych nam przyczyn i nic nam do tego. Czy dalej będą istniały nałogi, tragedie rodzinne, przestępstwa, przemoc i wypadki drogowe? Tak, nadal będą się zdarzać złe rzeczy.

Należy sobie jednak coś uświadomić. Te wszystkie rzeczy dzieją się również przy silnym interwencjonizmie państwa. Państwo nie rozwiązało żadnych z tych problemów. Mimo „wojny” z pijanymi kierowcami ludzie dalej jeżdżą pod wpływem alkoholu. Mimo redystrybucji dóbr, ludzie dalej są biedni. Mimo walki z bezrobociem, bezrobocie dalej jest wysokie, a bezrobocie wśród młodych sięga 20%. Mimo „darmowej” służby zdrowia, co chwilę słyszymy w telewizji o zbiórce pieniędzy na operację dla osoby chorej.

Złe rzeczy czasem przydarzają się ludziom. Tak było, jest i będzie. Ludzka natura również jest, jaka jest. Walka z nią jest i będzie jałowa. Niektórzy dokonują dobrych wyborów, a inni złych. Ktoś mógłby teraz pomyśleć: „No to skoro będzie tak samo, to po co się starać o wolny rynek?” Otóż nie będzie tak samo. To, że wolny rynek nie eliminuje wszystkich problemów ludzkości, nie oznacza, że nie warto o niego zabiegać.

Na wolnym rynku odmienne są zachęty, które mogą wpłynąć na ludzkie działanie. Nie wynikają one z przymusu, lecz z działania zgodnie z własnym interesem. Możemy się chyba zgodzić, że dobra motywacja do działania odnosi lepsze efekty niż to, gdy ktoś każe nam coś zrobić?

Omówmy przykład często podawany pod ostatnim naszym filmem o edukacji, który brzmi mniej więcej tak:

„Są rodziny patologiczne, które gdy nie będą ZMUSZONE posłać dzieci do szkoły, to na pewno nie poślą, bo rodzice będą woleli wydać te pieniądze na alkohol”.

Przede wszystkim taki argument jest niekompletny, bo skoro tak jest, to przecież ci rodzice mogą też nie kupić dziecku jedzenia ani ubrań, bo mogą również chcieć mieć więcej pieniędzy na alkohol. Czy to znaczy, że państwo powinno kupować wszystkim dzieciom w Polsce jedzenie i ubrania na wszelki wypadek, gdyby zdarzyło się, że rodzice nie chcieli tego zrobić z powodu swojego nałogu?

Pomijając jednak tę nieścisłość, zobaczmy jak wyglądałyby zachęty na wolnym rynku, aby jednak posłać dziecko do szkoły. Rodzice mają świadomość, że nie dostaną od państwa emerytury (gdy nie ma przymusu, nie ma również przymusowych składek ZUS). W tej sytuacji muszą sami odkładać na swą emeryturę lub liczyć na to, że ich dzieci będą się nimi zajmować na starość. Przy nadużyciu alkoholu mogą również podejrzewać, że ich stan zdrowia w podeszłym wieku będzie kiepski, więc tym bardziej jest większa szansa, że będą potrzebowali opieki bardziej niż osoba, która dba o swoje zdrowie. Z tych przyczyn, tacy rodzice, mimo swojego nałogu, mają zachętę, by dobrze wykształcić swoje dzieci, aby dzieci stać było w przyszłości na pomoc swoim rodzicom. Mówimy tu jedynie o twardych interesach. Warto oczywiście pamiętać oprócz tego o uczuciach rodzica do dziecka oraz o tym, że nie każdy człowiek, który popadł w nałóg jest „zły” i nie kocha swoich dzieci. Jeśli jednak i to nie pomoże, ponieważ rodzica nie będzie w ogóle obchodzić jego przyszłość, ani przyszłość jego dziecka, to jeszcze nie koniec świata. Nie żyjemy w próżni. Wokół są jeszcze inni ludzie, z których pierwsi z nich to inni członkowie rodziny. Oni z pewnością nie patrzyliby bezczynnie na taki rozwój sytuacji. W dalszej kolejności są sąsiedzi, prywatne fundacje i cała masa dobrych ludzi, gotowych pomóc. Między nimi ci, którzy pokazali swoją troskę pisząc na naszym kanale komentarze opisane powyżej. Tacy ludzie mogą dobrowolnie zadecydować, że chcą pomóc takiemu dziecku w zdobyciu edukacji.

Warto dodać również, że sytuacja, w której rodzica kompletnie nie obchodzi los jego samego oraz jego dziecka jest marginalna. Większość osób dba o swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej.  Większość rodziców chciałoby zapewne jak najlepszej edukacji dla swoich dzieci. Incydenty nie mogą być podstawą do odbierania wolności całemu społeczeństwu.

Z kolei w przypadku przymusowej edukacji oraz rządowej, przymusowej emerytury zachęty opisane powyżej znikają. Z „patologicznego” rodzica zdejmowane są konsekwencje złego wychowania swojego dziecka, gdyż to rząd zajmie się jego edukacją. To rząd zajmie się emeryturą rodzica, a „darmowa” służba zdrowia zajmie się jego przyszłymi medycznymi problemami.

Wolność eliminuje bariery w możliwości poprawy swojego losu poprzez nasze własne decyzje. Z drugiej strony ponosimy konsekwencję złych działań i decyzji. Gdy mamy wolność do odniesienia sukcesu, mamy jednocześnie wolność do poniesienia porażki. Nie każdy skorzysta z możliwości poprawy swojego losu, ale kogo wtedy będzie można winić? Każdy, kto utożsamia wolność z utopią, w której wszyscy wiodą beztroski żywot, jest w błędzie. Z całą pewnością ludzie, którzy żyją teraz na koszt innych, będą mieli gorzej. Jednocześnie będą mieli pełnię wolności, aby poprawić swój standard życia i zacząć żyć na własny koszt. Można to osiągnąć tylko w jeden sposób – zacząć być przydatnym dla innych ludzi. Nie ma innej możliwości, aby uczciwie zarobić pieniądze. Wolność jest dobrym rozwiązaniem zarówno z moralnego punktu widzenia, jak i z perspektywy „dobra ogółu”.

Natomiast człowieka, który dokonuje w życiu dobrych decyzji, które służą innym, nie można obciążać nieustanie błędami innych ludzi. Należy zaakceptować fakt, że ludzie są różni. Jeden jest pracowity, inny leniwy. Jeden wynajduje lekarstwo na raka, podczas gdy inny grzebie w pępku siedząc przed telewizorem. W jakim świecie sprawiedliwe jest to, aby te dwie osoby miały wszystkiego „po równo”? Dla wynalazcy lekarstwa na raka większy stan posiadania jest słuszną i sprawiedliwą nagrodą za jego pracę. On przysłużył się wszystkim, włącznie z gościem na kanapie. Jednocześnie jego zysk jest motywacją dla „pępkowicza”, żeby ruszył się z kanapy i zaczął być przydatny dla innych, aby zwiększyć swój stan posiadania. To jest motywacja.

Gdyby rozważać odwrotną sytuację, czyli zabranie wynalazcy lekarstwa jego owoce pracy i przyznanie ich za nic facetowi na kanapie –  to jest anty-motywacja. Takie postępowanie nagradza lenistwo i zniechęca do pracowitości. Zatem patrzmy na wolność nie jako na utopię, lecz jako na system motywacyjny, który wynagradza działanie służące wszystkim i zachęca do większej pracowitości, efektywności i poprawy standardu życia wszystkim ludziom.

Ostatnią rzeczą, o której należy wspomnieć, są osoby, które z przyczyn niezależnych od nich, nie mają możliwości działać tak, jak by chciały. Mowa tu o osobach chorych, którym ich stan fizyczny bądź psychiczny uniemożliwia jakąkolwiek pracę i są całkowicie zdani na innych. Tu, moi drodzy, waży się nasze człowieczeństwo. Żaden system nie spowoduje, że będziemy dobrymi ludźmi. Jeśli ktoś może pomóc osobie w potrzebie, a tego nie robi, to jest to kwestia jego sumienia. Nie można ludziom kazać być dobrym. Natomiast praktyka pokazuje, że ludzi, którzy chętnie pomagają innym w potrzebie jest wielu. Ci dobrzy ludzie z pewnością pomagaliby bardziej, gdyby mogli. Te osoby zakładają również prywatne fundacje, które pośredniczą między osobami chcącymi pomóc, a osobami potrzebującymi tej pomocy. Twierdzenie, że ludzie ciężko chorzy, pozbawieni byliby wszelkiej pomocy, jest absurdalne. Osoby, które tak twierdzą muszą uważać innych ludzi za socjopatów bez serca, co niezbyt dobrze świadczy o nich samych.