Nacjonaliści, protekcjoniści i „patrioci konsumenccy” głoszą hasła kupowania polskich produktów, nakładania ceł na produkty z zagranicy i opodatkowywania zagranicznego kapitału. Mówią, że zwiększy to popyt na nasze produkty, co pobudzi naszą gospodarkę i da miejsca pracy Polakom. Zwiększy to zatrudnienie i jednocześnie dobrobyt. Zarobione pieniądze zostaną wydane na kolejne produkty z Polski i takie koło będzie się toczyć.

Idąc tą logiką można by wywnioskować, że społeczeństwa tak postępujące powinny się bardzo szybko bogacić i stawać się potęgami gospodarczymi (z pewnością Korea Północna, która ma dość ostrą politykę zwalczania zagranicznych firm takową nie jest). Natomiast kraje otwarte na obcy kapitał i produkty z zagranicy powinny być uciskane i wyzyskiwane przez inne kraje (z pewnością Japonia, która odbudowała się po II Wojnie Światowej dzięki inwestycjom z USA takim krajem nie jest). Kolejnym przykładem państwa, w którym taka polityka się nie sprawdziła jest Rosja. Kraje UE nałożyły sankcje na ten ogromny kraj, a mimo to gospodarka nagle nie ruszyła. Polskie jabłka zostały zastąpione niedoborem jabłek. Co więc jest korzystne dla Rosjan? Bycie „zalewanym produktami z zagranicy” przez polskich sadowników czy brak bycia zalewanym i jednoczesny brak pożywienia?
W powyższym akapicie napisałem o niedoborze jabłek w Rosji. Może on być spowodowany zarówno przez całkowity zakaz sprowadzania dóbr z zagranicy jak i przez cła. O niedoborze była już mowa w odcinku o kontroli cen. Ale przecież państwo nakładając cła, działa w taki sam sposób, jakby ustalało cenę minimalną, ponieważ podnosi cenę produktu właśnie o ten podatek. Przyczyny nakładania ceł mogą być dwie. Albo rząd chce podwyższyć cenę na dobro z zagranicy, aby było mniej konkurencyjne albo chce zwiększyć środki w budżecie.

Czy gospodarka rzeczywiście jest pobudzana dzięki kupowaniu polskich produktów?

Załóżmy, że mamy dobro A, o takiej samej jakości z Polski za 15 zł i z Chin za 12 zł, oraz, że obaj kapitaliści odnoszą taki sam zysk z produktu, a jest to 2 zł.
Kupując produkt z Chin zyskujemy 3 zł i możemy je przeznaczyć na zakup czegoś innego np. na czekoladę, z czego wynika, że kupując zagraniczny produkt możemy sobie pozwolić na dodatkową czekoladę, a kupując polski, możemy sobie pozwolić jedynie na ten produkt. Co więc bardziej służy narodowi? Posiadanie dobra A i czekolady, czy posiadanie samego dobra A? Są to oczywiście tylko luźne przemyślenia na temat domniemanego „perpetuum mobile”, które napędza się dzięki patriotyzmowi konsumenckiemu. Żeby faktycznie stwierdzić czy rację mają obrońcy takiego rodzaju wydawania pieniędzy, trzeba wykonać proste równanie:

Cena produktu z Polski – cena produktu z zagranicy = X
(jest to kwota, jakiej konsument już nie wyda na inne dobra)
Od X należy odjąć: podatki, koszty pracy, ceny dóbr kapitałowych i surowców potrzebnych do wytworzenia produktu = Y
Od Y należy odjąć ilość pieniędzy wydanych na produkty z zagranicy z zysku producenta (jeśli okaże się, że nie jest on „patriotą” i nie wyda całego zysku na rodzime produkty) = Z

Zatem liczba Z jest właśnie tą kwotą, która „pobudzi” Polską gospodarkę. (Ewentualnie mogą to być także pieniądze wydane na surowce, koszty pracy itp., ale niekoniecznie muszą być to surowce z Polski) Tylko dlaczego słowo „pobudzi” zostało przeze mnie ujęte w cudzysłów? Ponieważ doszliśmy ponownie do tego, co widać.

Przejdźmy zatem do rozważań na temat tego, czego nie widać.

Nie widać, że dzięki tańszym produktom z zagranicy, można zaoszczędzone pieniądze zainwestować w dobra kapitałowe i wytwarzać tańsze dobra konsumpcyjne, dzięki czemu będzie można konkurować z zagranicznymi producentami, argumentując swój produkt jakością i ceną, a nie krajem pochodzenia. Gospodarka opiera się na przemyśle i usługach, a nie na handlu! Handel nie wytwarza żadnych dóbr, czy to materialnych, czy to niematerialnych. Handlowcy są jedynie pośrednikami między konsumentem, a przemysłowcem. Jest to bardzo pożyteczny dla społeczeństwa zawód, bo dzięki przedsiębiorcy, przemysłowiec może dłużej pracować przy wytwarzaniu swoich produktów, zamiast trudzić się sprzedażą tych produktów, jednak dobra nie są wytwarzane przez sprzedawców,  a właśnie przez przemysłowców. Kupowanie zagranicznych produktów też może pobudzić naszą gospodarkę, ponieważ producentowi z zagranicy płacimy w złotówkach. Jeśli obcokrajowiec dostanie zapłatę za swój produkt w złotówkach, będzie musiał ją wydać na polskie produkty, co oznacza, że wyjdziemy na tym „na plus”. (Nie oznacza to, że straci obcokrajowiec. Interesy zawsze są harmonijne i współgrają ze sobą.)
Protekcjoniści mogą wysunąć argument, że w takim razie powinniśmy pozwolić zagranicznym przedsiębiorcom sprzedawać nasze produkty, ale nałożyć cła na produkty rolników i przemysłowców z zagranicy.
I znowu jest tu element którego nie widać. Z różnych powodów konsument kupuje produkty z innych krajów. Może to być jakość, może to być cena, a może to być potrzeba posiadania dobra z zagranicy. Likwidując część zagranicznych produktów z rynku nie zachęcimy naszych rodaków do wytwarzania ich. Czy likwidując dostawy bananów, kokosów, herbaty i kawy sprawimy, że Polska stanie się potęgą w produkcji wymienionych produktów? Oczywiście, że nie! Uzasadnienie jest proste. Klimat w jakim leży Polska nie pozwala na rozwój w tych branżach. Z bardzo podobnych powodów, Polska nie będzie prowadzić w rankingach produkcji różnych innych dóbr. Przyczyna może tkwić w mentalności. Polacy mogą nie czuć się dobrze w pewnych branżach, mogą nie mieć nowoczesnych technologii, potrzebnych do wytwarzania tych dóbr, lub być sceptycznie nastawionymi do nich. Próbując pobudzić produkcję w tych branżach, dojdzie jedynie do zmarnowania kapitału. Dużo lepiej jest pozwolić działać wolnemu rynkowi. Dzięki temu inwestycje trafią tam, gdzie się nie zmarnują np. do stoczni, kopalni, czy na pola uprawne. W tych branżach Polska ma szanse się rozwijać. Nakładając cła na telefony komórkowe z zagranicy, czy inne branże, które są zbyt rozwinięte w innych krajach, nie sprawimy, że Polska zacznie górować  w tym przemyśle.
Jeśli chcemy kupować zagraniczne produkty musimy też coś produkować, aby zagraniczny producent był zainteresowany otrzymywaniem zapłaty w naszej walucie. Wymiana handlowa nie prowadzi do rujnowania gospodarki, a do rozwijania jej. Gdyby tak było kraje będące członkami strefy Schengen byłyby biedne i słabo rozwinięte. Nie jest tak z prostego powodu. Podział pracy i specjalizacja jest zawsze korzystna, tym bardziej jeśli rozszerzymy ją między narody. Jeden kraj produkuje jedzenie, drugi paliwa kopalniane, a trzeci samochody i telefony. Mieszkańcy tych krajów nie mają interesu w zaspokajaniu swoich potrzeb samemu. Dzięki specjalizacji produkty wykonane są lepiej i mniejszym nakładem pracy. Zyskuje więc konsument, a w efekcie naród, który jest przecież zbiorem jednostek.

Są 3 opcje w odniesieniu do jakości:
A) produkt z Polski jest lepszy od produktu z zagranicy
B) produkt z Polski jest równy produktowi z zagranicy
C) produkt z Polski jest gorszy od produktu z zagranicy

Oczywiście te wartości są subiektywne i dla jednego dany produkt może być dobry lub zły.
W przypadku A, kupienie polskiego produktu jest uzasadnione racjonalnie, w przypadku C jest to masochizm, natomiast w  przypadku B, kierując się zasadą wyboru polskich produktów, możemy wspomóc polską gospodarkę. Dlatego patriotyzm konsumencki powinien być racjonalny i być uargumentowany ceną i jakością produktu, a nie krajem pochodzenia. W przypadku gdy kupujemy zły produkt tylko dlatego, że kierujemy się zasadą patriotyzmu konsumenckiego, dajemy sygnał kapitaliście, że jego produkt jest dobry. Takie działanie ma charakter destruktywny i w dłuższej perspektywie jest szkodliwe dla gospodarki nie tylko naszego kraju, ale również gospodarki światowej.