Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
21 200 odsłony

Kryzys finansowy 2008

Zapewne wszyscy pamiętamy kryzys z 2008 roku. Być może wielu z nas odczuło nawet jego skutki na własnej skórze. Za wystąpienie kryzysu media winiły chciwość i podejmowanie nadmiernego ryzyka. Kilku ekonomistów zwraca jednak uwagę na to, że obarczanie chciwości winą za kryzys, jest jak obarczanie grawitacji winą za katastrofy lotnicze. Przyczyna leży głębiej. Od razu politycy, zarówno z partii republikanów jak i demokratów, oraz media głównego nurtu uznały, że winny jest – jak zwykle – wolny rynek i że lekarstwem jest więcej regulacji, więcej interwencji rządowej i więcej długu. Posługując się określeniem Tom’a Woods’a, wszyscy zdawali się rozglądać w poszukiwaniu winnego za zniszczenie mebli, nie zauważając, że na środku salonu stoi wielki różowy słoń. Tym słoniem był Fed, oraz rządowa ingerencja w rynek.

Przyczyny kryzysu:

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, w mniejszym lub większym stopniu, że bezpośrednią przyczyną kryzysu było pęknięcie bańki w nieruchomościach w USA. Jednak rzadko pada pytanie, skąd w ogóle wzięła się bańka w nieruchomościach? Co skłoniło nagle konsumentów do masowego, spekulacyjnego kupowania nieruchomości? Co spowodowało taki zalew rynku nowymi nieruchomościami? W celu wyjaśnienia tego zjawiska musimy się po raz kolejny oprzeć o Austriacką Teorię Cyklu Koniunkturalnego.

Krótkie przypomnienie: Austriaccy ekonomiści uważają, że stopa procentowa, tak jak każda inna cena, ma znaczenie. Gdy ustala ją wolny rynek, informuje ona przedsiębiorców o wielkości puli poczynionych oszczędności, potrzebnych do realizacji zakładanych inwestycji. Gdy jednak bank centralny zalewa rynek nowym pieniądzem, nie mającym odzwierciedlenia w prawdziwych zasobach, powoduje sztuczne obniżenie stóp procentowych. Sztucznie zaniżone stopy dają przedsiębiorcom błędną informację o ilości zaoszczędzonych zasobów. W oparciu o błędne założenia rozpoczynają oni długoterminowe inwestycje, licząc na to, że będą one zyskowne w przyszłości. Tak rozpoczyna się sztuczny boom. Rzeczywistość jest jednak inna. Nie ma wymaganej ilości zasobów, ani na ukończenie wszystkich inwestycji przy zakładanych kosztach, ani na to, żeby po ukończeniu były one wystarczająco zyskowne. Krach następuje w momencie, gdy rzeczywistość dochodzi do głosu i ujawniają się błędne inwestycje. W momencie krachu, najlepsze co można zrobić, to pozwolić na jak najszybszą likwidację nietrafionych inwestycji, co pozwoli uwolnić źle ulokowane zasoby, takie jak surowce, materiały oraz praca i skierować je z powrotem do produktywnych przedsięwzięć.

Żeby to zobrazować posłużmy się historyjką Peter’a Schiff’a:

Wyobraź sobie, że masz restaurację w małym mieście. Do miasteczka przyjeżdża cyrk. Nagle widzisz duży przypływ klientów. Nie łączysz tego popytu z wizytą cyrku. Myślisz, że to po prostu nowa era dobrobytu. W związku z tym inwestujesz w swój biznes. Zatrudniasz ludzi, rozbudowujesz lokal i dostawiasz stoliki. W tym momencie cyrk zwija manatki i wyjeżdża z miasta. Okazało się, że podjąłeś swoją decyzję w oparciu o fałszywe bodźce. Gdy już okazuje się, że popełniłeś błąd, powinieneś jak najszybciej zwolnić dodatkowy personel, postarać się odzyskać i upłynnić chociaż część materiałów użytych przy rozbudowie i jak najszybciej sprzedać meble.

To tyle, jeśli chodzi o przypomnienie teorii. Zobaczmy, jak wyglądało to w praktyce.

Po pęknięciu bańki dot-com w 2000 roku, oraz ataku na WTC, ówczesny prezes Fedu, Alan Greenspan, postanowił ożywić gospodarkę poprzez obniżenie stóp procentowych z 6,5% pod koniec 2000 roku do 1% w czerwcu 2003. Na tym, wtedy jeszcze historycznie niskim poziomie, stopy pozostały przez cały 1 rok. Podaż pieniądza M2 wzrosła z poziomu ok. 4,9 bln dolarów pod koniec 2000 roku do około 7,4 bln pod koniec 2007 czyli o 51%. W taki sposób Fed w cudzysłowie „ratując” gospodarkę przed pęknięciem jednej bańki, doprowadził do napompowania jeszcze większej. Możemy jednak zastanawiać się, czemu bańka dotyczyła akurat w tym wypadku rynku nieruchomości. Czemu nowe pieniądze popłynęły akurat tam? Żeby się przekonać, musimy spojrzeć na działania rządu w okresie boomu.

kryzys
kryzys

Nasze rozważania warto rozpocząć od przyjrzenia się dwóm ogromnym, sponsorowanym przez rząd korporacjom, Fannie Mae i Freddie Mac. Te dwie instytucje cieszyły się specjalnymi przywilejami udzielanymi im przez władzę, takimi jak niższe podatki, sprzyjające im regulacje, oraz zapewniona linia kredytowa ze skarbu państwa. Na czym polegała ich działalność? Gdy klient wziął ze swojego banku kredyt hipoteczny, spłacał kredyt temu bankowi. Jednak bank może sprzedać taki kredyt na rynku wtórnym instytucji takiej jak Fannie Mae. W ten sposób bank uwalniał kapitał, który pożyczył i uwalniał się od ryzyka niespłacenia kredytu. Fannie Mae z kolei łączyło setki takich kredytów z różnych regionów geograficznych w paczki, zwane hipotecznymi listami zastawnymi (po angielsku mortgage-backed securities, w skrócie MBS) i sprzedawało dalej inwestorom. Bank, który sprzedał Fannie Mae kredyt, uwolnił teraz środki, aby udzielić kolejnego kredytu. Oczywiste jest, że takie praktyki umożliwiają dużo większą akcję kredytową i uzasadniają podejmowanie większego ryzyka przy udzielaniu kredytów, niż byłaby możliwa bez Fannie Mae i Freddie Mac. Na podstawie prawa popytu i podaży nie trudno również wywnioskować, że gdy dużo łatwiej otrzymać kredyt hipoteczny, popyt na nieruchomości wzrośnie, a tym samym wzrośnie ich cena. Fannie i Freddie nie miały problemów z pozyskaniem kapitału na swoją działalność, gdyż wszyscy byli przekonani, że jako korporacje sponsorowane przez rząd, nie pozwoli im się upaść. Ich obligacje były traktowane na równi z obligacjami rządowymi. Efekt był taki, że w 2008 roku Fannie i Freddie były w posiadaniu ponad połowy wszystkich kredytów hipotecznych w USA. Senator Ron Paul słusznie ostrzegał w 2003 roku:

Jego ostrzeżenia zostały jednak zignorowane…

Luzowanie kryteriów standardów kredytowych

Fannie Mae znajdowało się pod presją rządu, aby ludzie o niskich i średnich przychodach mogli otrzymać kredyt hipoteczny, którego w innym wypadku by nie otrzymali. Obniżyło to wymagania co do kredytobiorców. Wszystko to w imię amerykańskiego marzenia, że każdy powinien mieć własny dom. Problem w tym, że ocena zdolności kredytowej nie jest złośliwością ze strony banków i ma swoje uzasadnienie. Ma za zadanie zmniejszać ryzyko kredytowe. Jest to korzystne dla banku, dla deponentów, gdyż ich środki są bezpieczniejsze oraz dla kredytobiorcy, bo lepiej dla niego, żeby nie brał kredytu, którego nie będzie mógł udźwignąć. Ze względów politycznych jednak, forsowano udzielanie ryzykownych kredytów.

Amerykański establishment postanowił rozwiązać również wyimaginowany problem „rasowej nierówności” w udzielaniu kredytów. Różnorakie agencje rządowe naciskały więc kredytodawców na udzielanie bardziej ryzykownych pożyczek dla mniejszości etnicznych. Kredytodawcy dostosowali się, obawiając się oskarżeń o rasizm i wiążących się z tym kosztownych odszkodowań. Oparto się w tych działaniach na ustawie Community Reinvestment Act (w skrócie CRA), która wystawiała banki na procesy z związku z dyskryminacją, jeśli nie udzieliłyby wystarczającej ilości kredytów mniejszościom. Cel był prosty – zmusić banki do obniżenia standardów kredytowych, żeby kredyty hipoteczne były dostępne dla osób, które wcześniej nie mogły ich otrzymać. Nikt zdawał się nie przejmować faktem, że nie mogli ich otrzymać z konkretnych powodów i bynajmniej nie był to kolor ich skóry, lecz po prostu brak zdolności kredytowej. Banki, owszem, udzielały ryzykownych kredytów, ale nie można zapominać, że robiły dokładnie to, czego wymagała od nich władza. Ktokolwiek obarcza winą brak regulacji za wystąpienie kryzysu, powinien zauważyć, że to właśnie regulacje, a nie ich brak, zmusiły banki do podjęcia o wiele większego ryzyka, niż ośmieliłyby się podjąć bez tych regulacji.

Sztuczne stymulowanie spekulacji

W związku z tym, że Fed zalewał banki nowymi rezerwami bankowymi, pojawiały się nowe wynalazki na rynku kredytowym, takie jak kredyt bez wkładu własnego. Obniżanie kryteriów do udzielania kredytu nie zatrzymało się na osobach o niskich i średnich dochodach. Nic dziwnego, że banki chcąc zarobić więcej, obniżały kryteria dla wszystkich. Stałe wzrosty cen, ze względu na rosnący popyt oraz luźne standardy kredytowe były pożywką dla spekulacji. Ludzie nie kupowali mieszkań tylko po to, by mieć swój wymarzony własny kąt, ale także po to, żeby sprzedać je z zyskiem za jakiś czas. Gdy boom zbliżał się do końca, około 25% mieszkań kupowane było w celach spekulacyjnych. Wiele osób kupowało nieruchomość, wprowadzało w niej kilka ulepszeń i sprzedawało dalej lub po prostu czekało aż cena nieruchomości pójdzie w górę.

Mówiło się przed kryzysem, że problem jest tylko z kredytami o zwiększonym ryzyku, czyli subprime. Okazało się potem, że problem był dużo większy. Polegał na tym, że wiele osób zdecydowało się na kredyty o zmiennym oprocentowaniu. Zachęcał do tego sam Alan Greenspan. W kredytach o zmiennym oprocentowaniu występuje takie ryzyko, że gdy stopy procentowe pójdą w górę, to będzie trzeba płacić wyższą ratę. Ten typ kredytu odpowiadał osobom kupującym nieruchomości spekulacyjnie, gdyż nie planowali trzymać domu przez długi czas. Okazało się, że zmienne oprocentowanie było częstsze w kredytach o normalnym ryzyku, niż w subprime. Gdy ceny przestały rosnąć, a potem zaczęły lekko spadać, przejęcia nieruchomości przez banki wystrzeliły do góry. Nie ma się co dziwić. Kupiłeś mieszkanie, na nisko oprocentowany w pierwszym okresie kredyt, bez potrzeby wykładania własnych pieniędzy. Miałeś nadzieję, że cena pójdzie w górę, ale okazało się, że sielanka się skończyła i cena spada. Rozsądnym rozwiązaniem jest przestać spłacać kredyt i pozwolić bankowi przejąć nieruchomość.

Spekulacji i wysokiemu popytowi sprzyjały też inne działania, takie jak zwolnienie z podatku od zysków kapitałowych przy sprzedawaniu nieruchomości oraz ulgi podatkowe dla osób posiadających kredyt hipoteczny. Ciekawe jest to, że ulga nie należała się w przypadku, gdy kupowałeś dom za gotówkę lub go wynajmowałeś. Deweloperom oferowano darmową ziemię i przywileje podatkowe, byle tylko budowali nowe domy. Nie ma więc się co dziwić manii spekulacyjnej, gdy rząd robił wszystko co mógł, by do niej doprowadzić.

Pokusa nadużycia

Ekonomista Anthony Mueller powiedział:

Podczas swojej kadencji Greenspan udowodnił kilka razy zasadność takiego myślenia. Teraz zastanówmy się czym to skutkuje, gdy zdejmuje się ryzyko z instytucji finansowej. Powiedzmy, że masz 1000 zł i idziesz z nim do kasyna, ale twój bogaty krewny mówi Ci: „Wiesz co? Postaraj się wygrać, ale jeśli przegrasz, to nie przejmuj się. Ja pokryję Twoje straty.” Jak Ci się wydaje, będziesz bardziej uważał, żeby nie przegrać wszystkich pieniędzy czy mniej? Jasne, że mniej. To jest tak zwana pokusa nadużycia, po angielsku moral hazard. To powoduje, że instytucje, które mają siatkę bezpieczeństwa w postaci Fedu, postępują mniej rozsądnie, niż normalnie by postępowały.

Podsumowując okres boomu: Fed dostarczył paliwa dla sztucznej bańki, a rząd oblał tym paliwem rynek nieruchomości. Każda bańka spekulacyjna przypomina trochę piramidę finansową. Gdy ceny są oderwane od podstaw ekonomicznych, musi się znaleźć jeszcze większy naiwniak, który kupi jeszcze drożej. W końcu naiwniacy się kończą – zawsze. Wszystkie bańki spekulacyjne w historii mają jedną wspólną cechę. Wszystkie pękają. Nie inaczej było z tą.

Fed obawiając się rosnącej inflacji zaczął podnosić stopy procentowe. Osoby, które miały kredyty ze zmiennym oprocentowaniem zaczęły mieć problemy z jego spłatą. Ceny nieruchomości przestały rosnąć już w 2006 roku i od tego momentu banki zaczęły masowo przejmować nieruchomości. Bańka pękła. Na początku twierdzono, że to tylko mały problem z kredytami subprime, ale tak nie było. Wkrótce ceny nieruchomości runęły. MBSy, czyli hipoteczne listy zastawne, wcześniej traktowane jako bezpieczna inwestycja, zaczynały okazywać się bezwartościowe. Do tego doszły CDSy czyli swapy ryzyka kredytowego, które wpędzały w kłopoty ubezpieczycieli, którzy ubezpieczali pożyczkodawcę przed ryzykiem niespłacenia kredytu hipotecznego. Jednym z nich było AIG. CDSy były również kupowane spekulacyjnie przez inwestorów, którzy wcale nie byli w posiadaniu długu. Wielkie instytucje finansowe, które były mocno umoczone w te toksyczne aktywa, znalazły się w kłopotach. Bezrobocie skoczyło. Wiele osób, których praca była związana z rynkiem nieruchomości po prostu przestało być potrzebnych. Kredyt międzybankowy zmniejszył się, gdyż nikt nie wiedział jaki bank jest umoczony w toksyczne aktywa i w jakim stopniu. Indeks Dow Jones ze swoich szczytów w 2007 roku spadł o 53% do 2009. W 2008 roku rozpoczęły się bailouty. Fed i rząd przeznaczyły setki miliardów dolarów na ratowanie i dokapitalizowywanie wielkich instytucji finansowych i innych firm. Fannie i Freddie zostały znacjonalizowane. Jako, że nie oglądacie nas, żeby poznać historię, tylko nauczyć się ekonomii, to omówimy jakie ekonomiczne skutki miały najbardziej widoczne działania rządu po kryzysie.

Bailouty

Pierwszy i główny powód, dla którego rząd nie powinien finansowo wspierać głupio inwestujących firm jest to, że nie robi tego za swoje pieniądze. W tym wypadku zrobił to głównie za pieniądze pożyczone z amerykańskiej przyszłości. Po prostu się zadłużył. Trzeba pozwolić przegranym przegrać. Trzeba dać bankom ponieść odpowiedzialność za swoje inwestycje, bo inwestor wie, lub powinien wiedzieć, z jakim ryzykiem wiąże się dana inwestycja. Podtrzymując złe inwestycje – marnujemy tylko zasoby i szkodzimy gospodarce. Zmuszamy podatników do finansowania czegoś, co nie jest nic warte. Te same środki mogłyby być wykorzystane o niebo lepiej. Spójrzmy na Lehman Brothers. Był to ogromny bank a jednak pozwolono mu upaść. O dziwo, świat dalej istnieje, kręci się, a słońce co rano wschodzi. Dobre aktywa Lehmana zostały przejęte przez inne instytucje. Gdy padnie pięć czy dziesięć złych banków, to na ich miejsce pojawi się pięć lub dziesięć lepszych i bardziej rozważnych w swoich poczynaniach. Jeśli nie powstaną, to znaczy, że nie były potrzebne. Rynek nie znosi próżni. Niektórzy mogą się kłócić, że to przez rząd instytucje źle inwestowały i nawet tak było, ale nie można głupiej decyzji naprawiać jeszcze głupszą. Bailouty oczywiście nie przyniosły oczekiwanych rezultatów i recesji nie uniknięto. Dodatkowo, jeśli pokusa nadużycia występowała już przed kryzysem, to wyobraźmy sobie jak wygląda teraz, gdy wiele ogromnych banków jest teraz pewnych, że są zbyt duże by upaść.

Próba podtrzymania cen nieruchomości

Cały plan rządu od początku rzekomo polegał na tym, żeby więcej osób było stać na domy. Kiedy więcej osób stać na domy? Gdy są tanie, czy kosmicznie drogie? Jasne, ucierpieliby na tym ci, którzy kupili domy w wysokiej cenie. To była jednak ich decyzja. Przynajmniej wyciągnęliby ważną lekcję, żeby nie słuchać biurokratów w ich zapewnieniach w przyszłości. Nie można zubażać wszystkich pozostałych, którzy postępowali rozsądnie, tworząc nowe pieniądze i wpompowując je w rynek nieruchomości, bo ktoś podjął złą decyzję. Fannie i Freddie, należące już do rządu, ogłosiły awaryjne działania, żeby odciążyć kredytobiorców, których nieruchomość była zagrożona przejęciem. Zmniejszano kwoty kredytu, odsetki oraz wydłużano terminy spłaty. Nie trzeba chyba mówić, że było to koszmarnie niesprawiedliwe wobec tych, którzy kupowali domy, na które ich stać, i nie brali pożyczek pod hipotekę. Oni nie byli traktowani ulgowo. Jednak gdy kupiłeś dom, na który Cię nie stać, lub pożyczałeś pod hipotekę, aby wydać to na konsumpcję, to wtedy możesz liczyć na Fannie i Freddie. Takie warunki zachęcały do tego, by przestać spłacać kredyt. Wtedy przecież otrzymasz lepsze warunki. Jako, że rata była obniżana do 38% dochodów, w niektórych rodzinach opłacało się nawet, żeby jeden z małżonków zwolnił się z pracy, bo przy niższym dochodzie, dostanie się lepsze warunki spłaty kredytu. Opłacało się też poprosić o chwilową obniżkę w pracy, żeby liczono ratę od niższego dochodu. Rząd robił wszystko, żeby każdego było stać na dom, oprócz najbardziej oczywistego rozwiązania. Pozwolić cenom nieruchomości spaść, tak aby były tańsze bez konieczności zadłużania się na niewiarygodne sumy pieniędzy.

Pobudzanie kredytu

W czasie kryzysu ludzie, którzy boją się utraty pracy zaczynają oszczędzać, a banki z kolei dbają bardziej o płynność i nie są skore do ryzykownego pożyczania. Rząd jednak uznał, ze to niedopuszczalne. Zaczął kupować udziały w prywatnych bankach, by je dokapitalizować i pobudzić na nowo akcję kredytową. Banki słusznie nie chciały pożyczać tych pieniędzy na lewo i prawo. Skoro kryzys wziął się z bezmyślnego pożyczania, to lekarstwem raczej nie jest więcej bezmyślnego pożyczania. Wręcz przeciwnie, lekarstwem jest powrót do konserwatywnych standardów kredytowych. Jako, że zrezygnowano z początkowo proponowanego pomysłu, aby rząd skupił toksyczne aktywa od banków, postanowiono zająć się problemem braku wystarczającej ilości kredytów konsumenckich. Sekretarz Henry Paulson mówił, że brak płynności na tym rynku podnosi koszt i zmniejsza dostępność kredytów na auta, kredytów studenckich i kart kredytowych. Tak jakby tego potrzebowali pogrążeni po uszy w długu Amerykanie. Amerykanie potrzebowali odbudować swoje oszczędności, by znów móc inwestować w produktywne przedsięwzięcia. Nikt nie wziął tego jednak pod uwagę. Rząd rozumuje w ten sposób: dużo jemy, gdy lodówka jest pełna, więc żeby lodówka była znów pełna, musimy znów zacząć dużo jeść. Nie rozumieją kompletnie, że lodówka nie jest pełna dlatego, że dużo jemy, ale dlatego, że pracujemy i kupujemy za naszą pracę jedzenie. Wtedy dopiero możemy pozwolić sobie, aby jeść więcej. Przy takim rozumowaniu, rząd widzi, że gdy w kryzysie ludzie mało konsumują, to uznaje, że to niska konsumpcja jest problemem, a nie skutkiem. Oszczędzanie jest ograniczaniem konsumpcji teraz, na rzecz wyższej konsumpcji w przyszłości. Oszczędności są podstawą inwestycji, które są podstawą dla większej produktywności i większej konsumpcji w przyszłości.

Opuszczenie stóp procentowych do zera i bezprecedensowy dodruk pieniądza

Fed w odpowiedzi na kryzys obniżył stopy do zera jeszcze przed końcem 2008 roku. Rozpoczął też luzowanie ilościowe – QE. Było kilka rund QE co jest tylko ładniejszą nazwą dla inflacji. Fed odbił od zera dopiero w grudniu 2015 roku. Kryzys w 2008 został spowodowany trzymaniem stóp procentowych na poziomie 1% przez rok i tym, że nie pozwolono na likwidację błędnych inwestycji w 2001 roku. Wyobraź sobie jaki sztorm będzie teraz, gdy trzymano stopy na poziomie 0% przez 7 lat i nie pozwolono rynkowi oczyścić się w pełni w 2008 roku. Co więcej, większość banków centralnych na świecie robi to samo. Ostatnim razem USA miało jeszcze miejsce, by dalej się zadłużać. Teraz ta możliwość jest już bardzo ograniczona. Po raz kolejny myli się gospodarkę w bańce, z okresem dobrobytu. Po raz kolejny ceny akcji są kompletnie oderwane od rzeczywistości. Po raz pierwszy za to, bańka jest jednocześnie w akcjach i obligacjach. Po raz pierwszy mamy stopy procentowe na tak niskim poziomie tak długo. Po raz pierwszy pieniądz fiducjarny jest drukowany na tak masową skalę globalnie. To wszystko tylko pogarsza sprawę.

W temacie kryzysu polecamy lektury Meltdown Tom’a Woods’a oraz Wielka Depresja 2.0 Petera Schiffa, z których korzystaliśmy przy robieniu tego filmu.

2017-08-05T20:48:29+00:00 Marzec 11th, 2016|Blog, Filmy, Prezentacje|
  • Czesiek

    Pytanie do autorów, od dłuższego czasu czytam o nadchodzącym krachu i jakoś go nie ma, ja nie twierdzę że eksperci się mylą ostrzegając przed nim, tylko ciekawi mnie kiedy to będzie (jeden z ekspertów zapowiedział że do końca 2015). Czy nie może być tak że będą w nieskończoność dodrukowywać pieniądze i pompować bańki bez konsekwencji?

    • Tak, wiele osób które ostrzegają przed nadchodzącym kryzysem nie spodziewało się, że banki centralne dopuszczą się aż takich metod jak np. negatywne stopy procentowe. Nie może to trwać w nieskończoność, bo realnej gospodarki się nie da oszukać. Już cena surowców runęła. To jest jak funkcjonowanie piramidy finansowej. W końcu ktoś powie „stop, nie kupię akcji w takiej cenie, nie kupię obligacji w takiej cenie” itd. Według Petera Schiffa recesja już się zaczęła. Dane ekonomiczne są kiepskie, surowce runęły, giełdy w wielu krajach są już w fazie kontrakcji, złoto poszło w górę. Banki centralne już niewiele mogą zrobić teraz. Drukując dalej pieniądze w końcu wywołają hiperinflację, albo przynajmniej wysoką inflację, co zmusi je do podniesienia stóp a wtedy wszystkie firmy zombie, które były wspierane tanim kredytem zaczną mieć problemy, zwalniać ludzi itd. Fed już niby zaczął podnosić stopy, i już giełda amerykańska poszła w doł a to przecież taka kosmetyczna podwyżka. Nigdy nie da się z całą pewnością wyznaczyć terminu, ale szkoda już została poczyniona więc skutek jest nieunikniony.

      • Czesiek

        Dziękuję za odpowiedź.

      • Artek

        No tak, tylko z analiz które udało mi się znaleźć, większość poważnych instytucji finansowych (mówimy o Polsce, choć wiadomo, że musimy podążać za USA i EBC) prognozuje w Polsce pozostawienie stóp na tym samym poziomie, lub obniżkę (co wynika np. z notowań kontraktów terminowych na WIBOR) przez co najmniej rok lub nawet dwa. To długo jak na bańkę.

        Powstają jednak pytania:
        1. W którą bańkę spekulacyjną idą teraz pieniądze z tanich kredytów? Złoto?

        2. Czy podwyżka stóp procentowych jest w ogóle w Polsce realna, czy to jest zaklinanie rzeczywistości i czarnowidztwo?

        • Bank centralny podniesie stopy dopiero przy wysokiej inflacji, ale w czasie niskich stóp procesy produkcji są zakłócone. To już nawet nie chodzi o bańkę spekulacyjną, tylko o wszystkie złe inwestycje w gospodarce. Gdzie poszły pieniądze? Np ceny ziemii i obligacje. Nie analizował tego, bo polski rynek i tak będzie podążał za europejskim i amerykańskim. My jesteśmy wchodzącym rynkiem, z którego kapitał odpływa na początku. Akcje w Polsce już poleciały przecież. To że teraz odbijają to niewiele znaczy. W złoto fizyczne na pewno nie idą pożyczone pieniądze, to by było szaleństwo

          • Seraf

            Możesz wytłumaczyć dlaczego kupowanie złota za wypożyczone pieniądze to szaleństwo? Przyznam że jestem dość zielony z ekonomii.

  • Matrioshka

    Przykład w momencie 20:00 jest moim zdaniem bardzo nieadekwatny. Zakłada, że podaż jest całkowicie uniezależniona od popytu. W związku, że używacie często trochę „trudniejszych” słów i twierdzeń, uproszczenie do tego stopnia przy częściowej racji zakrawa pod manipulacje. Jestem sceptyczna co do treści tak bardzo jednostronnych. Proszę o ewentualne wytknięcie mi błędu w toku rozumowania lub o większą dokładność w następnych materiałach, bo bardzo je lubię!

    • Nie do końca rozumiem o który przykład chodzi. W 20 minucie jest mowa o pobudzaniu akcji kredytowej. Jeśli chodzi o to, to rynek próbował zmniejszyć akcję kredytową. Tak jak mówiliśmy chwilę wcześniej: ludzie chcieli oszczędzać więcej, a banki nie chciały pożyczać. Rząd próbował na siłę odwrócić ten trend i spowodować, żeby ludzie dalej brali tyle samo kredytów co wcześniej. W tym celu chciał wpompować pieniądze w rynek, aby sztucznie obniżyć koszt i dostępność tych kredytów. A jako, że rząd nie ma własnych pieniędzy, to żeby wpompować je w sektor bankowy, to musi odsunąć je z innego miejsca, gdzie byłyby wykorzystane lepiej. Czy to odpowiada na Twoje pytanie? Jeśli nie to musisz uściślić.

      • Matrioshka

        Dokładnie chodziło mi o przykład z lodówką.

        • Przykład z lodówką jest jak najbardziej adekwatny. Pobudza się sztucznie konsumpcję, obniżając stopy procentowe, wymuszając wyższą akcję kredytową itd. Jako, że podaż nie nadąża, to wzrastają często ceny. Ceny surowców, aktywów finansowych i poniekąd produktów konsumpcyjnych. Własnie w tym cały problem, że nie patrzy się na stronę podażową a na popytową.

          • Matrioshka

            No dobrze, ale jednocześnie zakładacie, że podaż w ogóle nie jest zależna od popytu. W lodówce ilość jedzenia zależy od tego co sami przepracujemy ewentualnie od innych opłat transferowych, które już z podażą nie są w ogóle związane. Innymi słowy :masz tyle jedzenia na ile sobie zarobisz, z tym, ze konsument jest tak małą częścią rynku, że fakt, że nie będzie konsumował w takich ilościach jak poprzednio, nikogo nie zmartwi. W skali makro, gdyby konsument przestał kupować, to podaż też by naturalnie spadła. Mniej konsumpcji oznacza mniej jedzenia w sklepach, a co dopiero w lodówkach.
            Aluzja jest moim zdaniem dobra, bo faktyczne, politycy zakładają, że popyt generuje podaż co jest niepoprawne, aczkolwiek zwracam uwagę, że ktoś kto z ekonomią niema styczności na codzień może opacznie zrozumieć ten przykłąd w przekładzie na skalę makro. Prawda jest niestety taka, że niemożna brać też pod uwagę jedynie długiego okresu, krótki też jest ważny.

  • Kermit

    Ogólnie na plus, świetna robota, gratuluję pracy i efektów. Nie zgodzę się natomiast z oceną w filmie CRA, Fannie Mae i Freddy Mac. CRA miało marginalne znaczenie dla rynku kredytowego, by nie powiedzieć żadne. Natomiast FM i FM też rynku nie kreowały. Do roku 2005, czyli okresu największej ekspansji zmniejszały swoje portfele na rynku nieruchomości.
    pozdrowienia

  • Piotr

    Jak się ma inflacja do ciągle wzrastającej liczby ludności na świecie?
    Czy biorąc ten czynnik pod uwagę nie wydaje się ona konieczna?

    • Nie, wzrastająca liczba ludności nie usprawiedliwia inflacji. Jeśli jest coraz więcej osób na świecie, a tym samym produkuje się więcej rzeczy, żeby zaspokoić ich potrzeby, to przy stałej ilości pieniądza, wzrośnie popyt na pieniądz, a tym samym jego wartość. W prostych słowach, więcej produktów konkuruje o tę samą ilość pieniędzy, więc ich ceny muszą spaść. Nie ma potrzeby, żeby było więcej pieniądza, po prostu ta sama jednostka pieniądza będzie miała większą siłę nabywczą czyli będzie można za nią kupić więcej rzeczy.

  • Michał

    Chciałbym się zapytać jak ta bańka, która teraz się tworzy i za niedługo pęknie wpłynie na życie dla przeciętnego Polaka? co za tym idzie ciekawy jestem w jakie inwestycje waszym zdaniem należy wejść a z jakich na pewno zrezygnować i trzymać się jak najdalej.

  • Arek Antczak

    Jednego nie mogę pojąć. Inwestorzy kupowali MBS – ale tak na logikę – po co kupować czyjść dług?

    • Ponieważ otrzymujesz odsetki z tego tytułu gdy dług jest spłacany. MBSy były uważane za zupełnie bezpieczne.

  • lopz m

    kryzys sztucznie wywołany przez okultystów masnów to fake,który niestety boli,bo kasta trzyma wszystko i trudno z tym walczyć.ale powiedzcie to małym dzieciom z etiopii z durem brzusznym i hiv od urodzenia.tak działają elity finansowe. zarobek na krzywdzeniu bezbronnych.