Głosy krytyki skierowane w stronę sektora bankowego w ostatnim czasie znacznie się nasiliły. W wyniku udzielania przez banki dużej liczby kredytów walutowych w  Polsce narasta niechęć wobec instytucji finansowych.

Być może najpopularniejsze, a jednocześnie mylne twierdzenie jest następujące:

„Banki zarabiają na wzroście kursu franka w stosunku do złotego, gdyż dzięki temu klient zobowiązany jest płacić wyższe raty kredytowe”.

Jak się wkrótce przekonamy jest to półprawda. Aby dogłębniej przeanalizować samo zjawisko kredytu frankowego i sytuację jaka de facto miała miejsce, musimy dokładniej zastanowić się nad kwestią ryzyka wiążącego się z inwestycjami.

Bank bowiem (jak każde przedsiębiorstwo) ma na celu maksymalizację zysku przy minimalizacji ryzyka. Myślę, że również i Ty, drogi Czytelniku (o ile jesteś osobą o co najmniej umiarkowanej skłonności do ryzyka) pragnąłbyś, aby pula Twoich środków była inwestowana w taki sposób.

Natomiast należy przy okazji mieć świadomość, że minimalizacja ryzyka wiąże się zwykle z niższym potencjalnym zyskiem.

Coś za coś. Jeśli na przykład wybierzemy jako inwestycję obligacje skarbowe, musimy zaakceptować niższą potencjalną stopę zwrotu z tego instrumentu niż w sytuacji, gdy opcją B byłby obrót walutami na rynku FOREX. Z kolei jednym ze sposobów minimalizacji ryzyka jest chociażby używanie metod statystycznych. Tzw. analiza portfelowa umożliwia m.in.  optymalizację poziomu ryzyka i wybór najlepszych możliwości osiągnięcia zysku, uwzględniając takie miary jak przykładowo tzw. odchylenia standardowe. Wszystko po to, aby sprawdzić, w jakim stopniu potencjalna stopa zwrotu jest zmienna i czy nie występują chociażby takie stopy zwrotu, wobec których inwestycja jest nierentowna. Nie wdając się głębiej w szczegóły można stwierdzić, że inwestor lub osoba czy instytucja minimalizująca ryzyko nie działa w oparciu o metody, które stosują fundusze wysokiego ryzyka. Podmioty bezpiecznie inwestujące starają się z rozwagą dobierać środki, w ramach których osiągną (co prawda nie najwyższy, lecz zadowalający) zysk.

Ten krótki wstęp jest filarem myślenia o inwestycjach i punktem wyjścia dla oceny kwestii kredytów frankowych.

Podobnie i w tym przypadku polskie banki nie stosowały metod odpowiednich bardziej dla hazardu.

Krótki rys historyczny. W latach od 2000 do ok. 2009 miała miejsce silna hossa na rynku nieruchomości, która była związana z niskimi stopami procentowymi. LIBOR, czyli oprocentowanie kredytów na rynku międzybankowym poza Polską, było znacząco niższe od jego polskiego odpowiednika, czyli WIBOR’u. Polskie banki znalazły sposobność na zysk – po co robić zakład z klientem przy hipotecznym kredycie walutowym o to, że kursy walut w jakiś sposób znacząco się zmienią (w końcu można stracić znaczącą ilość pieniędzy). Gdyby nawet wziąć udział w tak ryzykownym procederze to i tak istnieją lepsze inwestycje niż kredyty, z których zysk realizuje się w bardzo długim okresie – szybszy jest po prostu obrót walutami na FOREX’ie bądź inne, równie błyskawiczne metody. Już z tego faktu wynika, że omawiany przez nas mit o graniu na nieruchomościach i kursie walutowym przez banki, w sposób rodem z rosyjskiej ruletki, jest nonsensowny.

Wobec tego instytucje finansowe wykorzystują omawiane już niższe oprocentowanie na rynku zagranicznym. Schemat wygląda następująco – polski bank X udziela danej osobie kredytu walutowego we frankach. W celu pozyskania środków i jednoczesnego zabezpieczenia się, bank X otwiera bliźniaczą transakcję na rachunku w innym banku (zagranicznym) – banku Y. Innymi słowy bank X zadłuża się np. emitując obligacje wobec banku Y i pozyskując franki, jednocześnie czerpiąc zyski z odsetek od kredytu, który udzielił danej osobie w Polsce. Teraz niezmiernie istotne jest zrozumienie, że bank X uzyskuje dzięki temu podobną stopę zysku z udzielonego kredytu przy każdej zmianie kursu franka, a także nie ryzykuje bezpośrednio własnymi środkami. W tym momencie jednak muszę przyznać, że część wysuwanych przez środowiska „antybankowe” twierdzeń jest poprawna. Otóż faktycznie – banki zarabiały wyższą marżę (w PLN) w przypadku wyższego kursu franka (w związku z wyższym kapitałem), aczkolwiek podwyższało się w związku z tym potencjalne ryzyko kredytowe ponoszone przez banki, w związku z wyższym ryzykiem niewypłacalności klientów.

To o czym piszę może się wydawać skomplikowane, stąd chciałbym ukazać całe zjawisko na prostym przykładzie.

Załóżmy, że klient polskiego banku X otrzymuje kredyt walutowy równowartości 150tys zł. Kurs wynosi wtedy 1CHF=3PLN. Z prostej kalkulacji wynika, że nasz kredytobiorca na dobrą sprawę ma równowartość 50 CHF.

Co więcej, polski bank uprzednio zadłuża się u zagranicznych banków na tą samą kwotę – równowartość 150tys zł, czyli 50tys franków. Załóżmy także, że oprocentowanie za granicą wynosi 2%, a w Polsce 4%. Poniższa tabela ilustruje przypadki, gdy kurs franka spada i wzrasta – odpowiednio do kursu 1CHF=4PLN i 1CHF=2PLN (wszystko ukazane jako równowartość PLN):

Jak widzimy w powyższej tabeli, marża banku X w przypadku wzrostu kursu franka jest wyższa niż w gdyby waluta szwajcarska się osłabiała lub pozostała na niezmienionym poziomie. Jak już wspomnieliśmy wcześniej, wynika to z kolei z wyższej wartości kapitału (w PLN), którym operujemy oraz ze względu na to, że przyrost rat odsetkowych pozyskanych od klienta jest bardziej znaczący, aniżeli przyrost rat odsetkowych, które nasz bank jest winny zagranicznym kontrahentom.

Oczywiście powyższe przykłady są pewnym uproszczeniem, natomiast należy tutaj podkreślić pewną rzecz – bank zawsze zarabiał na różnicy między oprocentowaniem kredytu klienta a oprocentowaniem pożyczki za granicą. Zarabiał co prawda mniej w przypadku, gdy frank słabł, lecz, dla polskich banków, z jednej prostej przyczyny, wcale nie musi być korzystne, aby ich klienci płacili wyższe raty kredytu przy umacnianiu się franka. Dla banków jest to problem, gdyż muszą mieć na względzie, że osłabi to zdolność kredytową „frankowiczów” i z pewnością część z nich nie spłaci kredytu w terminie lub nawet wcale. Gdyby CHF ciągle zwyżkował to skończyłoby się to tym, że kredytobiorcy nie mieliby z czego spłacić swoich zobowiązań i zyski związane z dotychczasową – mogłoby się wydawać – korzystną sytuacją walutową, zaczęłyby być zastępowane przez straty.

Jeszcze inaczej w wariancie, gdyby to PLN się stale umacniał – Marża stawałaby się coraz mniejsza, lecz najpewniej znacznie więcej osób zdecydowałoby się wziąć omawiany kredyt walutowy, płacąc coraz to niższe raty. Innymi słowy mogła by zajść kompensacja pokroju: mniejsza marża, lecz więcej klientów i niższe ryzyko.

Prawdziwym błędem merytorycznym w dyskusjach na temat kredytów frankowych jest przede wszystkim mylne postrzeganie ryzyka. Bank udzielając kredytu we frankach ma do czynienia z dwoma rodzajami ryzyka: ryzykiem walutowym i kredytowym. Dzięki instrumentom finansowym bank zabezpiecza się przed niekorzystnymi zmianami kursu walutowego, zatem  ryzyko walutowe ponosi kredytobiorca w Polsce, jednak wciąż ciąży na nim ryzyko niewypłacalności kredytobiorcy, które wzrasta wraz z umacnianiem się franka.

Poza obligacjami, polskie instytucje finansowe w celu analogicznego pozyskiwania środków oraz zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym, korzystają również z tzw. CIRS’ów. CIRS’y to instrumenty pochodne, których istotą jest porozumienie między (przykładowo) bankiem polskim a zagranicznym, które dotyczy wymian strumieni płatności. Wobec tego jeżeli bank polski ma nadwyżkę środków w złotych, może pożyczyć pewną jej pulę zagranicznemu kontrahentowi. Zagraniczny bank z kolei pożycza na procent określoną ilość środków w innej walucie (w tym przypadku we franku), których wartość odpowiada kursowi waluty polskiej. Jaki jest sens tego typu transakcji? Po pierwsze, jak już wspomnieliśmy, polskie banki dzięki temu mogą się zabezpieczyć przed potencjalnym ryzykiem. Drugą funkcją jest możliwość utrzymywania rezerw w walutach zagranicznych w odpowiedniej – dla instytucji finansowych – ilości.

Pragnę się również odnieść do jednego ze stosunkowo niedawnych raportów Komisji Nadzoru Finansowego, zgodnie z którymi 60% finansowania tego typu działalności banków pochodziło z instrumentów dłużnych, a 40% z CIRS’ów.[1] KNF wzmiankuje jednocześnie o częstej praktyce stosowania zabezpieczeń przy udzielaniu kredytów frankowych. Do podobnych wniosków można dojść także analizując sprawozdania finansowe polskich banków – jeśli prześledzimy sobie odpowiednie rubryki znajdziemy w nich CIRS’y jako transakcje zabezpieczające.

Istnieją więc podstawy, aby twierdzić, że mylne są twierdzenia środowisk „anty-bankowych”. Przyjmując za podstawę, że każda działalność to pewnego rodzaju ryzyko, a już w szczególności inwestycje, rysuje nam się zupełnie inny obraz systemu finansowego. Należy mieć z kolei na względzie, że system ma problemy innego typu – problemy pokroju nadmiaru regulacji, odgórnie ustalanych stóp procentowych przez bank centralny i tym podobne. Zdaje się, że są to kwestie bardziej naglące, aniżeli kwestia rzekomego „kasyna”.

Autor: Paweł Tokarski
Zredagował: Michał Dębowski

[1] knf.gov.pl/Images/Skutki_finansowe_projektu_tcm75-46244.pdf