Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
3 920 odsłony

Kredyty we frankach – banki i minimalizacja ryzyka

Głosy krytyki skierowane w stronę sektora bankowego w ostatnim czasie znacznie się nasiliły. W wyniku udzielania przez banki dużej liczby kredytów walutowych w  Polsce narasta niechęć wobec instytucji finansowych.

Być może najpopularniejsze, a jednocześnie mylne twierdzenie jest następujące:

„Banki zarabiają na wzroście kursu franka w stosunku do złotego, gdyż dzięki temu klient zobowiązany jest płacić wyższe raty kredytowe”.

Jak się wkrótce przekonamy jest to półprawda. Aby dogłębniej przeanalizować samo zjawisko kredytu frankowego i sytuację jaka de facto miała miejsce, musimy dokładniej zastanowić się nad kwestią ryzyka wiążącego się z inwestycjami.

Bank bowiem (jak każde przedsiębiorstwo) ma na celu maksymalizację zysku przy minimalizacji ryzyka. Myślę, że również i Ty, drogi Czytelniku (o ile jesteś osobą o co najmniej umiarkowanej skłonności do ryzyka) pragnąłbyś, aby pula Twoich środków była inwestowana w taki sposób.

Natomiast należy przy okazji mieć świadomość, że minimalizacja ryzyka wiąże się zwykle z niższym potencjalnym zyskiem.

Coś za coś. Jeśli na przykład wybierzemy jako inwestycję obligacje skarbowe, musimy zaakceptować niższą potencjalną stopę zwrotu z tego instrumentu niż w sytuacji, gdy opcją B byłby obrót walutami na rynku FOREX. Z kolei jednym ze sposobów minimalizacji ryzyka jest chociażby używanie metod statystycznych. Tzw. analiza portfelowa umożliwia m.in.  optymalizację poziomu ryzyka i wybór najlepszych możliwości osiągnięcia zysku, uwzględniając takie miary jak przykładowo tzw. odchylenia standardowe. Wszystko po to, aby sprawdzić, w jakim stopniu potencjalna stopa zwrotu jest zmienna i czy nie występują chociażby takie stopy zwrotu, wobec których inwestycja jest nierentowna. Nie wdając się głębiej w szczegóły można stwierdzić, że inwestor lub osoba czy instytucja minimalizująca ryzyko nie działa w oparciu o metody, które stosują fundusze wysokiego ryzyka. Podmioty bezpiecznie inwestujące starają się z rozwagą dobierać środki, w ramach których osiągną (co prawda nie najwyższy, lecz zadowalający) zysk.

Ten krótki wstęp jest filarem myślenia o inwestycjach i punktem wyjścia dla oceny kwestii kredytów frankowych.

Podobnie i w tym przypadku polskie banki nie stosowały metod odpowiednich bardziej dla hazardu.

Krótki rys historyczny. W latach od 2000 do ok. 2009 miała miejsce silna hossa na rynku nieruchomości, która była związana z niskimi stopami procentowymi. LIBOR, czyli oprocentowanie kredytów na rynku międzybankowym poza Polską, było znacząco niższe od jego polskiego odpowiednika, czyli WIBOR’u. Polskie banki znalazły sposobność na zysk – po co robić zakład z klientem przy hipotecznym kredycie walutowym o to, że kursy walut w jakiś sposób znacząco się zmienią (w końcu można stracić znaczącą ilość pieniędzy). Gdyby nawet wziąć udział w tak ryzykownym procederze to i tak istnieją lepsze inwestycje niż kredyty, z których zysk realizuje się w bardzo długim okresie – szybszy jest po prostu obrót walutami na FOREX’ie bądź inne, równie błyskawiczne metody. Już z tego faktu wynika, że omawiany przez nas mit o graniu na nieruchomościach i kursie walutowym przez banki, w sposób rodem z rosyjskiej ruletki, jest nonsensowny.

Wobec tego instytucje finansowe wykorzystują omawiane już niższe oprocentowanie na rynku zagranicznym. Schemat wygląda następująco – polski bank X udziela danej osobie kredytu walutowego we frankach. W celu pozyskania środków i jednoczesnego zabezpieczenia się, bank X otwiera bliźniaczą transakcję na rachunku w innym banku (zagranicznym) – banku Y. Innymi słowy bank X zadłuża się np. emitując obligacje wobec banku Y i pozyskując franki, jednocześnie czerpiąc zyski z odsetek od kredytu, który udzielił danej osobie w Polsce. Teraz niezmiernie istotne jest zrozumienie, że bank X uzyskuje dzięki temu podobną stopę zysku z udzielonego kredytu przy każdej zmianie kursu franka, a także nie ryzykuje bezpośrednio własnymi środkami. W tym momencie jednak muszę przyznać, że część wysuwanych przez środowiska „antybankowe” twierdzeń jest poprawna. Otóż faktycznie – banki zarabiały wyższą marżę (w PLN) w przypadku wyższego kursu franka (w związku z wyższym kapitałem), aczkolwiek podwyższało się w związku z tym potencjalne ryzyko kredytowe ponoszone przez banki, w związku z wyższym ryzykiem niewypłacalności klientów.

To o czym piszę może się wydawać skomplikowane, stąd chciałbym ukazać całe zjawisko na prostym przykładzie.

Załóżmy, że klient polskiego banku X otrzymuje kredyt walutowy równowartości 150tys zł. Kurs wynosi wtedy 1CHF=3PLN. Z prostej kalkulacji wynika, że nasz kredytobiorca na dobrą sprawę ma równowartość 50 CHF.

Co więcej, polski bank uprzednio zadłuża się u zagranicznych banków na tą samą kwotę – równowartość 150tys zł, czyli 50tys franków. Załóżmy także, że oprocentowanie za granicą wynosi 2%, a w Polsce 4%. Poniższa tabela ilustruje przypadki, gdy kurs franka spada i wzrasta – odpowiednio do kursu 1CHF=4PLN i 1CHF=2PLN (wszystko ukazane jako równowartość PLN):

Jak widzimy w powyższej tabeli, marża banku X w przypadku wzrostu kursu franka jest wyższa niż w gdyby waluta szwajcarska się osłabiała lub pozostała na niezmienionym poziomie. Jak już wspomnieliśmy wcześniej, wynika to z kolei z wyższej wartości kapitału (w PLN), którym operujemy oraz ze względu na to, że przyrost rat odsetkowych pozyskanych od klienta jest bardziej znaczący, aniżeli przyrost rat odsetkowych, które nasz bank jest winny zagranicznym kontrahentom.

Oczywiście powyższe przykłady są pewnym uproszczeniem, natomiast należy tutaj podkreślić pewną rzecz – bank zawsze zarabiał na różnicy między oprocentowaniem kredytu klienta a oprocentowaniem pożyczki za granicą. Zarabiał co prawda mniej w przypadku, gdy frank słabł, lecz, dla polskich banków, z jednej prostej przyczyny, wcale nie musi być korzystne, aby ich klienci płacili wyższe raty kredytu przy umacnianiu się franka. Dla banków jest to problem, gdyż muszą mieć na względzie, że osłabi to zdolność kredytową „frankowiczów” i z pewnością część z nich nie spłaci kredytu w terminie lub nawet wcale. Gdyby CHF ciągle zwyżkował to skończyłoby się to tym, że kredytobiorcy nie mieliby z czego spłacić swoich zobowiązań i zyski związane z dotychczasową – mogłoby się wydawać – korzystną sytuacją walutową, zaczęłyby być zastępowane przez straty.

Jeszcze inaczej w wariancie, gdyby to PLN się stale umacniał – Marża stawałaby się coraz mniejsza, lecz najpewniej znacznie więcej osób zdecydowałoby się wziąć omawiany kredyt walutowy, płacąc coraz to niższe raty. Innymi słowy mogła by zajść kompensacja pokroju: mniejsza marża, lecz więcej klientów i niższe ryzyko.

Prawdziwym błędem merytorycznym w dyskusjach na temat kredytów frankowych jest przede wszystkim mylne postrzeganie ryzyka. Bank udzielając kredytu we frankach ma do czynienia z dwoma rodzajami ryzyka: ryzykiem walutowym i kredytowym. Dzięki instrumentom finansowym bank zabezpiecza się przed niekorzystnymi zmianami kursu walutowego, zatem  ryzyko walutowe ponosi kredytobiorca w Polsce, jednak wciąż ciąży na nim ryzyko niewypłacalności kredytobiorcy, które wzrasta wraz z umacnianiem się franka.

Poza obligacjami, polskie instytucje finansowe w celu analogicznego pozyskiwania środków oraz zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym, korzystają również z tzw. CIRS’ów. CIRS’y to instrumenty pochodne, których istotą jest porozumienie między (przykładowo) bankiem polskim a zagranicznym, które dotyczy wymian strumieni płatności. Wobec tego jeżeli bank polski ma nadwyżkę środków w złotych, może pożyczyć pewną jej pulę zagranicznemu kontrahentowi. Zagraniczny bank z kolei pożycza na procent określoną ilość środków w innej walucie (w tym przypadku we franku), których wartość odpowiada kursowi waluty polskiej. Jaki jest sens tego typu transakcji? Po pierwsze, jak już wspomnieliśmy, polskie banki dzięki temu mogą się zabezpieczyć przed potencjalnym ryzykiem. Drugą funkcją jest możliwość utrzymywania rezerw w walutach zagranicznych w odpowiedniej – dla instytucji finansowych – ilości.

Pragnę się również odnieść do jednego ze stosunkowo niedawnych raportów Komisji Nadzoru Finansowego, zgodnie z którymi 60% finansowania tego typu działalności banków pochodziło z instrumentów dłużnych, a 40% z CIRS’ów.[1] KNF wzmiankuje jednocześnie o częstej praktyce stosowania zabezpieczeń przy udzielaniu kredytów frankowych. Do podobnych wniosków można dojść także analizując sprawozdania finansowe polskich banków – jeśli prześledzimy sobie odpowiednie rubryki znajdziemy w nich CIRS’y jako transakcje zabezpieczające.

Istnieją więc podstawy, aby twierdzić, że mylne są twierdzenia środowisk „anty-bankowych”. Przyjmując za podstawę, że każda działalność to pewnego rodzaju ryzyko, a już w szczególności inwestycje, rysuje nam się zupełnie inny obraz systemu finansowego. Należy mieć z kolei na względzie, że system ma problemy innego typu – problemy pokroju nadmiaru regulacji, odgórnie ustalanych stóp procentowych przez bank centralny i tym podobne. Zdaje się, że są to kwestie bardziej naglące, aniżeli kwestia rzekomego „kasyna”.

Autor: Paweł Tokarski
Zredagował: Michał Dębowski

[1] knf.gov.pl/Images/Skutki_finansowe_projektu_tcm75-46244.pdf

2017-05-03T17:51:44+00:00 Marzec 8th, 2017|Artykuły, Blog|
  • Tomasz Nowak

    To miała być „prosta ekonomia” – a wydaje się, że Autor, albo nie rozumie o czym pisze, albo jednak zależy mu by sprawę zagmatwać.

    Cytując te największe głupoty:

    „po co robić zakład z klientem przy hipotecznym kredycie walutowym … to i tak istnieją lepsze inwestycje niż kredyty, … – szybszy jest po prostu obrót walutami na FOREX’ie bądź inne,”
    – Szkoda, że Autor nie podał jakie są wymagania kapitałowe dla banku w przypadku gry na FOREX’ie, a jakie są przy udzielaniu kredytów „walutowych”? Wtedy by nie pytał co się dla banku bardziej opłaca, bo sprawa jest oczywista. Bo skoro w przypadku gry na FOREX’ie bank uniwersalny nie może stosować lewara, i całe ryzyko musi zabezpieczyć własnym kapitałem, a w przypadku „kredytów walutowych” inwestuje tylko 1/10 tego na czym zarabia – to chyba odpowiedz co się bankowi bardziej opłaca jest dla każdego (oprócz Autora) jasna.

    „polski bank X udziela danej osobie kredytu walutowego we frankach. W celu pozyskania środków i jednoczesnego zabezpieczenia się”
    – A na jakiej podstawie prawnej polski bank X może udzielić kredytu walutowego (czyli kreować dewizy)? Bo polski system prawny nie zna takiem możliwości! Bank udziela kredytu złotowego (bo to mu wolno), który jest uzależniony od kursu waluty obcej – czyli indeksowany lub denominowany. Udzielając kredytu, bank nie musi „pozyskiwać środków”, bo sam je tworzy – dlatego jest bankiem. „Środki musi pozyskać” celem zachowania płynności, a nie z tytułu faktu udzielania kredytu. Zatem księgowe franki są potrzebne wyłącznie do zabezpieczenia banku przed ryzykiem kursowym.

    „bank zawsze zarabiał na różnicy między oprocentowaniem kredytu klienta a oprocentowaniem pożyczki za granicą.”
    – Nie. No po to niektóre banki (te, które nie są uzależnione od „mamusi”) stosują SWAPy / CIRSy, aby zarabiać na różnicy między oprocentowaniem kredytu klienta a oprocentowaniem pożyczki w POLSCE! Dzięki instrumentom pochodnym bank zarabia WIBOR, a nie LIBOR – a dodatkowo jeszcze indeksuje saldo kredytu. Czyli ma zdecydowanie wyższą marżę niż na kredycie złotowym.

    „Wobec tego jeżeli bank polski ma nadwyżkę środków w złotych, może pożyczyć pewną jej pulę zagranicznemu kontrahentowi.”
    – Jaką nadwyżkę? Bank z definicji nie ma żadnych nadwyżek depozytów, bo za nie się płaci! W SWAPie / CIRSie banki wymieniają się na równoważne kapitały (co nie wpływa na bilans, który pozostaje w równowadze), a nie pożyczają nadwyżki. No wielka szkoda, że Autor pisząc o „wymianie strumieni płatności” nie wyjaśnił, że w Swapie/Cirsie polski bank dostaje WIBOR za LIBOR – i to jest główny powód tej zabawy.

    „Należy mieć z kolei na względzie, że system ma problemy innego typu – problemy pokroju nadmiaru regulacji, odgórnie ustalanych stóp procentowych przez bank centralny i tym podobne. Zdaje się, że są
    to kwestie bardziej naglące, aniżeli kwestia rzekomego „kasyna”.”
    – Szkoda, że Autor widzi problemy wyłącznie oczyma lobby bankowego. Daje to jednoznaczną sugestię, jak powyższe stwierdzenia czytać.

    • Tomasz Jakub Rup

      Bo to jest „prosta ekonomia”. W świecie gdzie wszystko jest albo czarne albo białe, banki są uczciwe itp. itd. (aż się ciśnie na usta piosenka T.Love)

      • Tomasz Nowak

        Ale ja piszę wyłącznie o uczciwych bankach, a nie o naszych 😉 Przecież wolno bankom stosować Swapy i CIRSy – to nie jest zakazane (jeszcze). Ale nadużyciem ze strony Autora jest pisanie półprawd. Bo skoro wspomina o „wymianie płatności” w Swapach – to trzeba napisać jaki jest rzeczywisty cel takiej wymiany. A nie wciskać ludziom głupoty o „nadwyżce środków w złotych”.

        • Tomasz Jakub Rup

          W sumie to jeszcze miło by było, gdyby Autor uwzględnił, że nikt nigdy nie widział tych franków i że były one tylko na papierze.

          • polnische wirtschaft

            Tak polaczku wszyscy chcą cię jebać a już szczególnie żydowscy wyzyskiwacze, nie? Tak jest najłatwiej tłumaczyć sobie swoje polackie skurwienie i nieudacznictwo. Jesteście zerem, więc niech was ci mądrzejsi żydzi zaorają

    • Paweł Tokarski

      Szanowny Kolego- dziękuję za uwagi, aczkolwiek nie uważam żeby powyższy artykuł znacząco odbiegał od tego co napisałeś (poza punktem 1 i 2 Twojej wypowiedzi):
      -> „No po to niektóre banki (te, które nie są uzależnione od „mamusi”)
      stosują SWAPy / CIRSy, aby zarabiać na różnicy między oprocentowaniem
      kredytu klienta a oprocentowaniem depozytu w POLSCE! Dzięki instrumentom
      pochodnym bank zarabia WIBOR, a nie LIBOR – a dodatkowo jeszcze
      indeksuje saldo kredytu. Czyli ma zdecydowanie wyższą marżę niż na 
      kredycie złotowym.” – Po pierwsze może i bank inkasuje saldo kredytu, ale co z tego skoro realnie traci na kapitale pożyczanym z zagranicy. Dług rośnie proporcjonalnie do przychodów w związku z kursem walut. Poza tym gdzie pisałem, że polski bank zarabia na LIBOR? To dosyć logiczne, że jak pożycza kapitał z zagranicy to LIBOR jest kosztem kapitału.
      ->”Jaką nadwyżkę? Bank z definicji nie ma żadnych nadwyżek depozytów, bo
      za nie się płaci! W SWAPie / CIRSie banki wymieniają się na równoważne
      kapitały (co nie wpływa na bilans, który pozostaje w równowadze), a nie
      pożyczają wzajemnie nadwyżki. A jak bank jest nadpłynny, to zadba o to
      NBP, a nie kontrpartner Swapa. No wielka szkoda, że Autor pisząc o 
      „wymianie strumieni płatności” nie wyjaśnił, że w Swapie/Cirsie polski
      bank dostaje WIBOR za LIBOR – i to jest główny powód tej zabawy.” – To, że WIBOR jest wymieniany za LIBOR można zauważyć na tabeli powyżej.
      -> „Szkoda, że Autor widzi problemy wyłącznie oczyma lobby bankowego. Daje
      to jednoznaczną sugestię, jak powyższe stwierdzenia czytać.” – Jestem przeciwny tworzeniu się „karteli” bankowych wspomaganych przez państwowe interwencje, ale to już swoją drogą. Mam nadzieję, że przy ewentualności dalszej dyskusji będziemy unikać podobnych zarzutów (odnośnie tego kto za kim się opowiada).

      • Tomasz Nowak

        Szanowny Panie Autorze,

        Cieszę się, że zgodził się Pan ze mną od razu w dwóch pierwszych sprawach (a które Pan wcześniej opisał błędnie). Czyli, że: (1) bankowi lepiej opłaca się inwestować w „kredyty walutowe”, a nie grać na FOREXie, choćby z uwagi na dźwignię i brak ryzyka, oraz, że (2) w kredycie bank kreuje „środki pieniężne”, więc zagraniczne franki są mu potrzebne WYŁĄCZNIE do zabezpieczenia własnego ryzyka kursowego – i nie są źródłem kapitału.

        Już samo to Pana powinno dyskwalifikować, ale niech będzie moja strata … wyjaśnimy krótko resztę:

        Pisze Pan „bank zawsze zarabiał na różnicy między oprocentowaniem kredytu klienta a oprocentowaniem pożyczki za granicą” i ilustruje tabelką. To jest półprawda. Dzięki instrumentom pochodnym bank pozbywa się ryzyka kursowego, i zarabia na kredycie WIBOR zamiast LIBORu – czyli w teorii z kredytu „walutowego” robi złotowy. W praktyce zarabia prawie 2x więcej niż na złotowym, bo odsetki liczy od indeksowanego salda. Czyli zarabia w sumie oprocentowanie WIBOR nie od 150tyś, ale od prawie 300tyś.

        W tabelce też Pan częściowo załgał. Po pierwsze opis kolumn jest taki, że 99% czytelników „prostej ekonomii” nie załapie kto komu płaci, i że faktycznie bank wymienia LIBOR za WIBOR. A po drugie W Swapie/CIRSie bank nie otrzymuje od kontrpartnera kredytu. Banki wzajemnie składają sobie depozyty – więc nasz bank musi przekazać drugiemu złotówki (to nie jest kredyt ani pożyczka!). A żeby drugiemu przekazać złotówki – to nasz bank musi mieć złotowe depozyty. I to jest jego faktyczny koszt.
        Bardzie prawidłową tabelką ma Pan tu (dane sprzed dwóch lat, ale metodologia poprawna):
        https://drive.google.com/open?id=1r3XuKVyYaipZq6SlDCWWojST_KDtcq13i2XjyHVRcGg

        Co do osobistego zaangażowania Autora po stronie sektora bankowego (zwłaszcza z niemieckim kapitałem), to jest ono tak widoczne, że nie wymaga komentarza. I to nie jest zarzut, tylko fakt. Więc dla zwykłej uczciwości Autor mógłby to sam zaznaczyć.

        Pozdrawiam.

        • Paweł Tokarski

          Otóż byłbym w stanie się jeszcze zgodzić z pierwszym stwierdzeniem gdyby nie konkluzje w stylu:
          -> „(1) bankowi lepiej opłaca się inwestować w „kredyty walutowe”, a nie grać na FOREXie, choćby z uwagi na dźwignię i brak ryzyka” – Brak ryzyka? Przecież ryzyko istnieje i logicznie jest to w artykule wytłumaczone (co na dodatek potwierdza Pan w swoich wnioskach w excelu), że ryzyko istnieje – istnieje, ale nie w rozumieniu ryzyka kursowego, ale kredytowego. Jeśli frank rośnie – większa szansa, że klient nie spłaci kredytu. No to chyba powinno być dosyć oczywiste.
          Poza tym my się chyba nie zrozumieliśmy – ja piszę, że lepiej jest zainwestować na FOREXie (gdzie potencjalny „zysk” przyjdzie znacznie szybciej) niż w przypadku gdyby ZAKŁADAĆ SIĘ z klientem w sprawach owego walutowego kredytu hipotecznego BEZ ŻADNEGO ZABEZPIECZENIA.
          „W praktyce zarabia prawie 2x więcej niż na złotowym, bo odsetki liczy od
          indeksowanego salda. Czyli zarabia w sumie oprocentowanie WIBOR nie od
          150tyś, ale od prawie 300tyś.” – Ale chodzi o to co zapisałem w tabeli? Bo to nie ma sensu. Kwota w samym kapitale się tak nie zmienia.

          „W tabelce też Pan częściowo załgał. Po pierwsze opis kolumn jest taki,
          że 99% czytelników „prostej ekonomii” nie załapie kto komu płaci” – No jak nie 😉 widać wszystko jak na dłoni. Jeszcze cały proces jest opisany przed tabelą. Poza tym to jest akurat przykład z obligacjami, nie CIRSami.

          Odniosę się też do poprzedniego: „No wielka szkoda, że Autor pisząc o „wymianie strumieni płatności” nie 
          wyjaśnił, że w Swapie/Cirsie polski bank dostaje WIBOR za LIBOR – i to
          jest główny powód tej zabawy.” – Niby, że ukrywam fakt zarabiania na marży? To już jest strasznie czepialstwo. Głównym powodem stosowania CIRSa jest zabezpieczenie przed ryzykiem przy udzielaniu kredytu walutowego. Zysk jest wypadkową.

          Dalej są już szczegóły i wnioski, które w ogóle nie zmieniają sensu moich konkluzji… Ale mimo wszystko odniosę się do nich bardzo krótko: Tam gdzie pojawia się większy zysk, tam pojawia się większe ryzyko. Koniec kropka (chociaż fakt, że drobnych błędów można było jednak uniknąć).

          • Tomasz Nowak

            Szanowny Panie Bankier,
            Jeśli konkluzją Pana artykułu, której Pan jakoś jasno nie wyraził, jest stwierdzenie, że w tzw. kredytach „walutowych” bank w ogóle nie ponosi ryzyka walutowego – natomiast minimalnie zwiększa ryzyka kredytowe – to ja się z tym zgadzam.
            Tylko to można napisać jednym prostym zdaniem – bo to jest „prosta ekonomia” – a nie raczyć czytelników pitoleniem typu: „system ma problemy innego typu – problemy pokroju nadmiaru regulacji”. To po pierwsze.
            A po drugie – proszę wskazać choć jeden bank, który faktycznie korzystał z obligacji, bo mu brakowało polskich depozytów? Bo ja takiego (może oprócz NORDEI – ale to zupełnie inny przypadek) nie znam.

          • Paweł Tokarski

            „Po drugie – ryzyko kredytowe bank podnosi zawsze – także w przypadku
            kredytów złotowych (w których przecież może wzrosnąć WIBOR do 5-10%).
            Bank jest od tego aby ponosił ryzyko kredytowe – właśnie po to państwo
            dało mu przywilej kreacji pieniądza dłużnego. Więc pisanie, że w 
            kredytach „frankowych” bank ponosi nadzwyczajnie większe ryzyko
            kredytowe – jest lekko bez sensu. Przynajmniej treść artykułu nie 
            uwiarygadnia takiego wniosku.” – No ok, ale mowa jest o większym ryzyko kredytowym (wzrost kursu franka), przy założeniu innych warunków niezmienionych (jest to pewne uproszczenie na potrzeby artykułu). Nie analizuję innych czynników, chociaż wiadomo, że może być w rzeczywistości różnie. Przynajmniej to miałem na myśli. Chodzi mi jedynie o sytuację: Wzrósł frank – jest gorzej ze spłatą, frank stabilny – spłata również stabilna.

            „A po trzecie – proszę wskazać choć jeden bank, który faktycznie
            korzystał z obligacji, bo mu brakowało polskich depozytów? Bo ja takiego
            (może oprócz NORDEI – ale to zupełnie inny przypadek) nie znam.” – Mi chodzi o obligacje na zabezpieczenie ryzyka kursowego, czyli wyemitowanie ich dla zagranicznych banków.

            „I celem wyjaśnienia – skoro banki udzielały kredyty „walutowe” po 
            średnio-ważonym kursie 2.34 minus spread (w/g danych NBP), a teraz
            franek jest po 4.05-4.10 plus spread, to wzrost jest niemal dwukrotny.
            Czyli ze 150tyś robi się prawie 300tyś. Jak dobrze liczę.” – Ok. Czyli z moją tabelą, gdzie podałem inne (bardziej fikcyjne) dane nic wspólnego to nie ma.

            Pozdrawiam.

          • Tomasz Nowak

            Cieszę się, że wreszcie dochodzimy do konsensusu, że Autor, co innego miał na myśli, a co innego napisał. A jeszcze do tego pisał „bardziej fikcyjnie”.

            Bo skoro „mi chodzi o obligacje na zabezpieczenie ryzyka kursowego”, ale wcześniej pisałem, że „w celu POZYSKANIA ŚRODKÓW i jednoczesnego zabezpieczenia się, bank X otwiera bliźniaczą transakcję” – to coś chyba nie halo.
            Albo skąd Czytelnik „prostej ekonomii” ma wiedzieć, kto będzie płacił „Odsetki od kredytu klienta dla banku X”? – i że to bank X dzięki temu zarabia na obligacjach skarbowych polskiego rządu – to tego już Autor przezornie nie wyjaśnił …

            W każdym razie dziękuję za dyskusję. I proszę się podpisywać także z funkcji, aby Czytelnik wiedział z jaką wizją prawdy ma do czynienia.

            pozdrawiam.

  • Bocian Bocian

    Lepiej zapobiegać katastrofą niż usuwać ich skutki. Więc mała rada dla tych którzy biorą kredyt w walucie X [np.Frank], a spłacają go w walucie Y[np.PLN]: 1] Otworzyć konto u Brokera. Jest darmowe. 2] Otworzyć pozycję „długą” [przewidującą wzrost kursu waluty X względem waluty Y] w wysokości kredytu. 3] Zamykać część pozycji „długiej” odpowiadającej wysokości raty kredytu wraz z płatnością każdej z rat. A jak to ma nam pomóc? Jeśli waluta X wzrosła to musimy zapłacić wyższą ratę kredytu. Jednocześnie zarobiliśmy identyczną kwotę na naszej pozycji „długiej”. Więc wychodzimy na przysłowiowe zero. W odwrotnym przypadku płacimy mniejszą ratę kredytu, ale tracimy tę wartość na naszej pozycji „długiej”. Więc nasz kredyt w walucie „obcej” jest stabilny. Ani nie możemy na tym zyskać, ani stracić. Więc rozpatrujemy go jako „zwykły” kredyt w „naszej” walucie. A jakie są koszta takiego „ubezpieczenia”? Pomijalne. Konto u brokera darmowe, wpłata 1:100 {jeśli jesteś rezydentem innego kraju 1:1000} kwoty wysokości kredytu do brokera, prowizja za otwarcie i utrzymanie pozycji nic nie znacząca. Po spłacie kredytu wypłacamy naszą gotówkę od brokera. Więc naszym faktycznym kosztem jest jedynie prowizja brokera [od ułamków %-cent do kilku %-cent kwoty kredytu w zależności od brokera] P.S. To tak w uproszczeniu żeby się nie rozpisywać nad szczegółami.
    A co do sytuacji „Frankowiczy” to jeśli umowy były tak skonstruowane by ukryć ryzyko wynikające z fluktuacji kursu walut to chamstwo ze strony banków i powinni ponieść koszta i dodatkowe kary za wprowadzanie klientów w błąd. Natomiast jeśli adnotacja o ryzyku była zawarta w umowie to ja nie rozumiem tego całego zamieszania wokół „frankowych” kredytów. Mieli 50/50 że zapłacą więcej lub mniej. Jeśli mieli by „farta” to zapłaciliby mniej od reszty kredytobiorców i to by był ich zysk. Natomiast mieli „pecha” i kto ma za to zapłacić? Banki, my[państwo w ramach pomocy „Frankowiczom”]??? Jak ja stracę na rynkach finansowych nikt się nade mną nie użala. A jak zarobię wszyscy [państwo, Społeczeństwo krzyczą PODATEK] . Frankowicze podjęli ryzyko i powinni za nie zapłacić [jeśli umowy nie ukrywały ryzyka].

    • Tomasz Nowak

      Bocian Bocian – pomysł jest bardzo dobry, i był już rozpatrywany. Ale po pierwsze w praktyce wcale nie jest taki tani jak piszesz, a po drugie – co ważniejsze – nie rozwiązuje głównego problemu „frankowiczów”, a więc ich wysokiego LTV (zawyżony dług wciąż pozostaje, choćbyś nawet ograniczył jego wzrost na przyszłość). Ale chociaż twórczo kombinujesz ;-), czego nie można powiedzieć o przedstawicielach sektora, takich jak np. Autor artykułu.

      Oczywiście, że umowy ukrywały ryzyko – nie informowały jasno o nienależnym spreadzie, podawały zaniżone CKK (Całkowite Koszty Kredytu), nie informowały, że bank ma dowolność na ustalanie „kursu”, nie informowały jaki jest charakter umowy (czyli że bank nic nie ryzykuje, a ty grasz przeciwko kontrpartnerowi Swapa, który zna się na rynku i obstawie inaczej niż ty), etc. I niestety nie jest tak jak piszesz, że ryzyko było 50/50. Cała zabawa powodował aprecjację złotówki przy wypłacie kredytów i jej osłabienie przy spłacie. To było systemowo wpisane w ten mechanizm. Kredytobiorca już od początku stał na przegranej pozycji.
      Troszkę więcej tu:
      https://www.bankowebezprawie.pl/kaczynski-oddaj-100-mld/

    • Tomasz Nowak

      Bocian Bocian – pomysł z zabezpieczeniem otwartej w kredycie pozycji walutowej nie jest nowy, i w praktyce się nie przyjął. Po pierwsze to wcale nie jest takie tanie jak piszesz, a po drugie – i ważniejsze – to nie rozwiązuje głównego problemu, a więc wysokiego LTV. Zawyżony dług pozostaje, i nie pomoże dużo, że zafiksujesz go na obecnym poziomie.

      Co do znajomości ryzyka – to oczywiście było ono przez banki ukrywane. I nie chodzi o sam fakt wahań kursowy – bo to każdy wie. Ale chodzi o istnienie spreadów, całkowicie dowolne ustalanie kursów walut, celowe zaniżanie CKK (całkowitych kosztów kredytu), i samego mechanizmu „kredytu walutowego” (czyli, że kredytobiorca gra przeciwko kontrpartnerowi Swapa). Nie jest bowiem tak jak piszesz, że ryzyko było 50/50. Mechanizm był taki, że przy wypłacie kredytów następuje wzmocnienie złotego, a przy spłacie – osłabienie. Czyli już od samego początku kredytobiorca był przegrany.

      I nie jest tez tak, że państwo, czyli Ty będziesz ponosił jakieś koszty „odwalutowania”. Tego zabrania Unia, w Dyrektywie o tzw. Resolution. Więc nawet gdybyś bardzo chciał ponieść te koszty, to nie możesz 😉

      Więcej zobacz tu:
      https://www.bankowebezprawie.pl/kaczynski-oddaj-100-mld/

  • Ela

    Dzięki za ten rzeczowy artykuł. Ciekawi mnie co autor myśli na temat wymiany waluty na kredyty w kantorach internetowych? Kantoronline.pl posiada specjalny spłatorat, który sam wymienia walutę i przelewa pieniądze do banku. Czy ufać takiej automatyzacji? Ryzyko jest… bo jeśli system zawiedzie, będą karne opłaty.

  • e Webinaria

    Autor twierdzi, że jakieś bliżej nie skonkretyzowane twierdzenia „frankowiczów” są nieprawdziwe. Chciałbym się zapytać, które? Czy te, że bank zabezpieczał się CIRS/FX SWAP nie informując o tym klientów? Czy te, że transakcje te miały wpływ negatywny na kurs walutowy dla klienta i koszt jego kredytu? Czy może o chodzi o coś innego? Do zapoznania się dla autora: https://www.bankowebezprawie.pl/ryzyko-walutowe-generowaly-banki/