Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
12 212 odsłony

Jednolita cena książki – co widzą i czego nie chcą widzieć autorzy projektu?

„Moim zdaniem książka nie powinna kosztować więcej od flaszki wódki. Człowiek musi mieć przecież jakiś wybór!” – Andrzej Sapkowski

Jak się okazuje – zupełnie innego zdania jest Polska Izba Książki. Pierwszy projekt dotyczący zakazu przeceniania książek powstał już w 2015 roku. Wówczas go odrzucono. Po dwóch latach Polska Izba Książki znów lobbuje za ograniczeniem obniżania cen książek.

Przez rok od premiery, książkę będzie można obniżyć maksymalnie o 5% od ustalonej ceny, a wszelkie akcje promocyjne miałyby zostać wstrzymane. Oficjalnie, przepłacanie za książki, miałoby “wspierać” kulturę. Miałby na tym rzekomo skorzystać rynek wydawniczy, który dostałby więcej pieniędzy na swoją ekspansję (przypomina się stary bastiatowski mit zbitej szyby). Lobbowanie tego typu projektów to wykorzystywanie państwowego przymusu, polegające na ograniczeniu/wyeliminowaniu podmiotów z przewagą konkurencyjną w postaci ceny.

Pomysłodawcy projektu ustawy w jego wstępie wymienili cele, które ma ona osiągnąć:

“Mając na względzie potrzebę ochrony książki jako dobra kultury, zapewnienie jej szerokiej i stałej dostępności na terytorium kraju, zapewnienie urozmaicenia dostępnej oferty czytelniczej, propagowanie czytelnictwa jako narzędzia rozwoju intelektualnego i kulturalnego jednostki i skutecznego sposobu budowania kapitału społecznego oraz wspieranie różnorodnej i ambitnej twórczości literackiej, a także stworzenie ram dla funkcjonowania krajowego rynku książki, w tym umożliwienie budowania zróżnicowanych sposobów dystrybucji przy jednoczesnym wspieraniu księgarni jako miejsc upowszechniania kultury (…)” [1]

Przeanalizujmy dwa główne argumenty, czyli ochronę książki jako dobra kultury oraz zapewnienie dostępności szerszego asortymentu.

Po pierwsze – ustawodawcy uważają książkę za dobro kultury, które wymaga szczególnej ochrony, co ma sprzyjać rozwojowi czytelnictwa. Jak chcą to zrobić? Poprzez regulację cen oraz sztuczne zmiany trendów na rynku książki wymuszane państwową interwencją. Pomysłodawcy nie bronią zatem czytelnika, gdyż to czytelnik kupując, lub powstrzymując się od kupna, wyznacza sieciom księgarskim kierunek działania. Autorzy bronią własnego, idealnego wyobrażenia czytelnika, czyli czytelnika, który według autorów “powinien” istnieć, gdyby świat był zgodny z ich oczekiwaniami. Możemy zrozumieć ubolewanie nad tym, że ludzie wolą książki “gorsze jakościowo”, zamiast wymagać najwyższej jakości. Jednak to nie rolą wydawców, ani sprzedawców, jest wyznaczać konsumentom co mają czynić. Warto w tym momencie po raz pierwszy przytoczyć słowa wybitnego ekonomisty, Ludwiga von Misesa:

„Oczekiwania konsumentów mogą być oczywiście ró­żne: mądre, głupie, moralne, niemoralne. Nie zmienia to jednak w niczym faktu służebnej roli producenta w stosunku do konsumenta. Produkuje on po prostu to, co chce konsument. W tym sensie jest on amoralny. Produkuje wódkę i broń tak samo, jak produkuje żywność i odzież. Nie jest jego zadaniem uczenie rozumu swoich panów — konsumentów.”[2]

Prezes Polskiej Izby Książki bardzo ubolewa nad tym, że ludzie preferują książki z promocji w hipermarketach. Na pewno ma sporo racji w tym, że większość literatury nie jest zbyt wysokich lotów:

“Duże markety są zainteresowane tylko książkami, które są popularne, hitowe, jeżeli tylko takie zostaną na rynku, to upada pewien etos związany z wydawaniem książek. Upada wielość podmiotów, które je wydają i upada wielość podmiotów, które je sprzedają (…) Jeżeli nie będzie tej ustawy, to na koniec czytelnik będzie miał gorzej, dlatego że będzie miał dalej do książek, internet tego nie zapewni ”.[3]

Fakt, że podwyższanie cen książek nie zwiększa ich dostępności omówimy w dalszej części artykułu. Prezes PIK wydaje się zwracać uwagę na to, że działający ludzie – czyli rynek – są winni “upadającemu etosowi” książki. Tego typu argumentom, odpór daje znowu von Mises, który w książce “Mentalność antykapitalistyczna” po części zgadzał się z tym, że kultura masowa wykształciła niewybrednego czytelnika. Wskazywał jednak, że nie można obwiniać o to kapitalizmu:

“Charakterystyczną cechą nowoczesnego kapitalizmu jest masowa produkcja dóbr przeznaczonych do konsumpcji. (…) W społeczeństwie kapitalistycznym człowiek jest wszechwładnym konsumentem, który kupując lub powstrzymując się od kupowania, ostatecznie określa to, co powinno być na rynku produkowane (…)[4]
Potentatem na rynku książkowym jest autor beletrystyki przeznaczonej dla mas. Założenie, że masy zawsze wolą złe książki, jest fałszywe – gdyby ludzie przeciętni mieli rozeznanie, gotowi byliby czasem czytać utwory wartościowe. Nie ulega jednak wątpliwości, że większość powieści i sztuk jest niewiele warta. A czego innego można się spodziewać, jeżeli co roku ukazują się tysiące tomów? Gdyby choć jedna na tysiąc publikowanych książek okazała się równa wielkim dziełom przeszłości, czasy nasze określano by kiedyś jako wiek rozkwitu literatury. (…) Kapitalizm zapewnił ludziom taki poziom życia, że stać ich na kupowanie książek i czasopism, nie wpoił im jednak dobrego smaku, jakim poszczycić się mogli wielcy mecenasi sztuki. Nie można obwiniać kapitalizmu za to, że przeciętny człowiek nie znajduje upodobania w studiowaniu dzieł niezwykłych.”
[5]

Zresztą, czy nawet jeśli całkowicie wyeliminować bestsellerową beletrystykę, to czy oznaczałoby to, że ludzie nagle docenią inne, poważniejsze dzieła kultury? Przypuszczenie nader wątpliwe. Bardziej prawdopodobny jest odwrotny scenariusz. Jako, że nie będzie możliwości organizacji promocji oraz wyprzedaży, zmniejszy się dostępność książek bardziej ambitnych, niszowych – ponieważ one przynoszą najmniejsze dochody.

Wydaje się, że główną grupą, przed jaką ustawodawcy “uchronią” książkę, są właśnie czytelnicy, których w Polsce i tak nie ma zbyt wielu. Według danych, zebranych przez Bibliotekę Narodową, ponad 60% badanych nie kupiło w ciągu roku ani jednej książki! (badania przeprowadzone w latach 2014-2015).[6]

Kolejną grupą argumentów jest chęć zapewnienia dostępności literatury w całym kraju oraz jej poszerzenie. Czy aby na pewno ta ustawa zapewni “szeroką i stałą dostępność” poprzez windowanie cen? Spójrzmy na źródła zakupionych książek z 2015 roku:
Tradycyjne księgarnie – 48%,
Salony multimedialne – 21%,
Księgarnie internetowe – 17%,
Supermarkety – 16%,
Punkty sprzedaży taniej książki i saloniki prasowe – 9%,
Antykwariaty – 4%,
Serwisy internetowe (np. Allegro) – 4% kupowanych książek.[7]

Widzimy, że tradycyjne księgarnie wciąż utrzymują najmocniejszą pozycję na rynku, obsługując niemalże połowę klientów. Na drugim miejscu są salony multimedialne. Kolejne trzy pozycje, to podmioty, o których z całą pewnością można stwierdzić, że ich przewagą konkurencyjną jest niższa cena. Zsumowane, stanowią aż 42% udziału rynku[8]. Można więc zaryzykować twierdzenie, że to właśnie one są największym potencjalnym zagrożeniem dla wielkich sieci. Zagrożeniem, które po wprowadzeniu jednolitej ceny książki, zostanie zmniejszone.

Co ciekawe, znaczenie supermarketów na rynku książki sukcesywnie wzrasta.
2012 – 5%,
2014 – 12%,
2015 – 16% kupowanych książek[9]

Supermarkety coraz częściej przyciągają klientów ceną nawet o kilkanaście złotych niższą niż okładkowa, nierzadko nowych tytułów. Niewątpliwie ustawa lobbowana przez PIK będzie krzywdząca zarówno dla marketów, jak i ich klientów.

Jednak dlaczego wydawcy mogliby być zainteresowani jednolitą ceną? Z obszerną argumentacją ze strony wydawców możemy zapoznać się w artykule autorstwa Pana Jarosława Górskiego “Rynek książki czy przeciw książce?[10]. Pan Górski opisuje, że ponoszą oni koszty przerzucane przez hurtowników i dystrybutorów. Są to głównie koszty związane z promocją (łącznie z reklamą i bezpłatnymi egzemplarzami recenzenckimi), ale także nierzadko koszty dystrybucji (np. magazynowania). Starają się więc podnieść swoją cenę zbytu ze względu na to, że powyższe praktyki są jednym z głównych czynników obniżających jakość książek trafiających do sprzedaży. Pan Górski zdaje się nie wiedzieć, bądź zapominać, że dystrybutorzy wywierają presję na wydawcach nie dlatego, że są “źli”, lecz dlatego, że presję otrzymują ze strony konsumentów. Jak pisał Ludwig von Mises:

W bezpośrednim kontakcie z konsumentami oraz w bezpośredniej od nich zależności są tylko sprzedawcy towarów i usług pierwszego rzędu. Przekazują oni jednak polecenia otrzymane od społeczeństwa do wszystkich, którzy produkują towary i usługi wyższych rzędów. Producenci dóbr konsumpcyjnych, sprzedawcy detaliczni, pośrednicy usług i przedstawiciele wolnych zawodów muszą nabyć dobra, których potrzebują do prowadzenia własnej firmy, od dostawców oferujących je po najniższej cenie. Jeśli nie będą kupować na najtańszym rynku i organizować przetwarzania czynników produkcji w taki sposób, żeby jak najlepiej i jak najtaniej zaspokoić potrzeby konsumentów, zostaną wyparci z rynku.”[11]

Czy w związku z tym ta ustawa może mieć jakiekolwiek uzasadnienie? Jak wykazuje Henry Hazlitt, autor książki “Ekonomia w jednej lekcji”, nie ma żadnych racjonalnych, sensownych powodów, żeby ustalać konkretną, odgórną relację cen, nawet w określonym przedziale czasowym. Gdyby taka argumentacja miała jakikolwiek sens – czyż nie słuszne byłoby jej rozszerzenie na relacje cen wszystkich produktów na rynku? Podkreśla, że nie jest to motywowane żadnym “dobrem publicznym”, tylko wspieraniem określonych grup interesu.[12] Pisze:

“Próby podniesienia cen pewnych towarów, aby trwale przewyższały naturalny poziom rynkowy, zawodziły tak często, tak katastrofalnie i tak jawnie, że doświadczone grupy interesu oraz biurokraci, którzy ulegają ich presji, rzadko w sposób jawny ujawniają ten cel. Wskazywane przez nich cele, zwłaszcza gdy po raz pierwszy domagają się interwencji rządu, są zazwyczaj skromniejsze i wiarygodniejsze”. [13]

Praktyce rządowej interwencji w ceny oraz jej skutkach, wiele miejsca w swych dziełach poświęcał także Ludwig von Mises:

“Tą ingerencją [interwencjonizmem] rząd chce zmusić przedsiębiorców, by prowadzili swoje sprawy w inny sposób, niż oni by wybrali, gdyby kierowali się tylko potrzebami konsumentów. Tak więc celem wszelkich działań interwencjonistycznych jest ograniczenie władzy konsumentów. Rząd chce przyznać sobie władzę, lub co najmniej część władzy, która w gospodarce wolnorynkowej należy do konsumentów”.[14]

A czym jest cena? Cena wskazuje punkt równowagi (przecięcia) popytu i podaży. Ma więc za zadanie zrównoważyć popyt z podażą. Jeśli będziemy ingerować w cenę, będziemy ingerować w wielkość popytu/podaży.

Carl Menger pisze, że ceny wcale nie są najważniejszym elementem wymiany ekonomicznej. Tym najważniejszym czynnikiem jest zaspokojenie potrzeb obu stron transakcji. Ceny są jedynie skutkiem ubocznym, który powstaje w wyniku równoważenia się intencji wielu ludzi. Przy czym te intencje są całkowicie subiektywne.[15] Więc ingerując w cenę rynkową – ingeruje się tak naprawdę w element końcowy, optymalny punkt przecięcia się dróg interesów.

A tak ujmuje to von Mises:

“Ostateczną podstawę ustalania cen stanowią sądy wartościujące konsumentów. Ceny są rezultatem oceny wartości, w której A jest cenione wyżej niż B. Są zjawiskiem społecznym, ponieważ kształtują się w wyniku wzajemnego oddziaływania ocen wartości wszystkich jednostek uczestniczących w grze rynkowej. W kształtowaniu się cen rynkowych bierze udział zarówno ten, kto kupuje, jak i ten, kto nie kupuje, a także ten, kto sprzedaje lub nie.” [16]

Załóżmy, że mam do wydania pewne pieniądze na przyjemności. Książki stanowią dla mnie źródło rozrywki oraz zaspokajają moją potrzebę wiedzy. Tylko do pewnej kwoty będę jednak chciał dokonać transakcji kupna. W pewnej chwili mogę stwierdzić, że to mi się “nie opłaca”. Kiedy to się stanie, przestanie obowiązywać tzw. nadwyżka konsumenta, czyli różnica między kwotą, jaką jestem gotowy zapłacić, a kwotą jaką rzeczywiście musiałbym zapłacić – im wyższa ta różnica, tym większa korzyść dla mnie z zakupu.  Wraz ze wzrostem ceny danego dobra, spada mój popyt na to dobro – czyli gotowość do kupienia go. Nikt postronny nie ma zdolności jasnowidzenia i nie wie, jaką decyzje podejmie konsument wobec danego pułapu podwyżki. A ściśle mówiąc – kiedy nastąpi “punkt krytyczny”, w którym wymiana pieniędzy na książki nie będzie go zadowalać. Mówiąc jeszcze dosadniej – im droższe książki – tym mniej będzie się ich kupować. Można natomiast skłonić ludzi do kupowania innych rzeczy, które są niejako substytutami książek – które będą zaspokajać podobne potrzeby. Przykładem takich substytutów mogą być e-booki i audiobooki. W zależności od celu, w jakim kupuje się książkę – substytutem może być inny rodzaj rozrywki – np. film, bilet do teatru, czasopismo czy internetowe podcasty.

W przypadku regulacji, przedstawionej w projekcie ustawy, będziemy mieli do czynienia z ceną ustaloną sztywno. Jednakże będzie ona w tym przypadku działać dokładnie tak jak cena minimalna, ponieważ nie zdarzało się, żeby księgarnia sprzedawała książki powyżej ceny proponowanej, okładkowej. W drugą stronę – sprzedając po niższej cenie – już tak. Jest to bardzo częsta praktyka i bardzo często jest to czynnik stanowiący o przewadze konkurencyjnej.

Cena minimalna to nic innego, jak zakaz, zdelegalizowanie sprzedaży danego produktu po niższej niż określona – cenie. Cena minimalna skutkuje powstaniem nadwyżki, czyli stanem, w którym ilość oferowanego dobra znacznie przekracza zapotrzebowanie na to dobro. Duża część klientów przestanie je kupować, ponieważ będzie dla nich zwyczajnie “za droga”.[17] Murray Rothbard podkreśla, że narzucanie ceny, poniżej której sprzedaż jest zakazana, zawsze powoduje negatywne skutki dla wytwarzania dóbr. Zawyżona cena będzie zachęcać podmioty wytwórcze, a zniechęcać konsumentów. Oznacza to, że zawsze ktoś na tym ucierpi. Ustalona przez rząd cena, mająca pierwotnie zwiększyć dochody sprzedawcom, pozostawia ich z niesprzedanym towarem. Ponadto taka interwencja wiąże się z powiększeniem aparatu administracyjnego (ktoś musi przecież kontrolować, czy ustalona cena jest przestrzegana) – co przekłada się na zwiększenie armii urzędników, opłacanych z naszych podatków.[18]

Prawdopodobne skutki tego procederu mogą być następujące:

a) Zakup książek po niższej cenie zostanie mocno ograniczony. Za nowości książkowe będziemy musieli zapłacić dużo więcej niż do tej pory. Obecnie księgarnie internetowe, supermarkety oraz punkty taniej książki oferują szeroki wybór tytułów. Kupowanie jest wygodne, relatywnie szybkie (obecnie na przesyłkę czeka się ok. 3 dni) i tanie. Można kupić nawet nowe książki o 20-35% taniej niż w wielkich stacjonarnych sieciach i salonach multimedialnych.
b) Nastąpi dalszy spadek czytelnictwa w Polsce. Stan czytelnictwa w Polsce jest już teraz w opłakanym stanie.[19]
c) Taki zakaz zdławi konkurencyjność małych księgarni oraz księgarni internetowych – które konkurują właśnie ceną! Jeśli ceny nowych książek można obniżyć jedynie o 5%, to i tak koszt zakupu książki z księgarni internetowej może być wyższy, ze względu na koszty wysyłkowe. Ponadto jednolita cena będzie obejmować również wszystkie dodatki dołączane do książek.[20]
d) Poszerzenie szarej strefy. Proceder nielegalnego kopiowania książek oraz umieszczania ich w formie pirackich kopii elektronicznych zyska na popularności. Może również wzrosnąć liczba sprzedaży “uszkodzonych” egzemplarzy.

Kto na tym zyskuje?

– Mniej efektywni sprzedawcy, którzy tracili udział w rynku na rzecz tych sprzedawców, którzy byli w stanie sprzedawać książki taniej. Zmniejszy się presja konkurencyjna ze strony innych podmiotów. Można przypuszczać, że znajdą się ludzie, dla których subiektywna korzyść z zakupu książki po zawyżonej cenie będzie na tyle wysoka, że będą w stanie wydać swoje pieniądze. Jednak wtedy i tak będą wybierać między pewną ilością dobra A na rzecz dobra B ,
– więksi wydawcy i księgarnie skupione wokół PIK,
– największym beneficjentem będą jednak wielkie sieci multimedialne. Jak podaje Marcin Dobkowski z wydawnictwa Genius Creations
– to właśnie presja konkurencji w postaci księgarni internetowych sprawiła, że w sieciach multimedialnych zaczęły pojawiać się rabaty i promocje,[21] – wprowadzenie tej ustawy, która nie dotyczy zagranicznych podmiotów
– jest wprost idealną chwilą do wejścia na polski rynek takiej sieci jak Amazon.[22]

Kto na tym traci?

– cała reszta sprzedawców, głównie mniejsi wydawcy oraz księgarnie internetowe, dla których cena jest przewagą konkurencyjną. Dodatkowo, jak wskazuje Marcin Dobkowski – pojawią się utrudnienia, m.in. we wprowadzaniu systemów rabatowych (będą musiały omijać książki, które obejmuje ustawa),[23] – ponadto dodatkowym obciążeniem dla małych księgarni będzie nałożenie obowiązku sprowadzenia na ich koszt dowolnej pozycji na życzenie klienta,[24] – konsumenci (czytelnicy), którzy będą musieli wydać więcej na dane dobro (książki), przez co uszczupli się ich budżet, więc będą mieli mniej pieniędzy na kupienie innych dóbr – wobec czego będą zmuszeni z czegoś zrezygnować. Mówiąc wprost – za książki zapłacimy więcej niż do tej pory,
– księgarze, którzy odważą się obniżyć cenę książki wbrew projektowi ustawy – będą traktowani jak przestępcy!,[25] – autorzy, szczególnie ci niezależni, mniej popularni oraz nowicjusze, dla których wyższa cena wydawanej książki będzie równoznaczna ze spadkiem popytu na ich dzieła,
– tracą również dostawcy książek w formie wysyłkowej, m.in. kioski “Ruch”,
– wbrew “dobrym chęciom” projektantów ustawy, straci również kultura – ze względu na spadek popytu na książki oraz potencjalny wzrost piractwa.

Warto również wspomnieć, że podobną ustawę wprowadzono w Izraelu, po czym po trzech latach wycofano się z niej, ponieważ sprzedaż książek spadła ogólnie o 20% a nowych tytułów aż o 60%! [26] Z podobnego pomysłu wycofała się już Szwecja, Irlandia i Wielka Brytania. [27]

Czy naprawdę ograniczanie sprzedaży książek, odbieranie klientom możliwości zakupu po promocyjnej cenie i potencjalne przyczynianie się do szerzenia piractwa jest lepsze dla rynku książki niż wolna konkurencja? Czy ktoś naprawdę wierzy, że wzrost ceny książek przyczyni się do wzrostu czytelnictwa? Takie procedury należy bezwzględnie potępić jako złe i jako nieuczciwie wyniszczające konkurencję poprzez wykorzystanie przemocy rządowej. Co innego można zrobić dla rynku książki? Obecnie książki obłożone są 5-procentowym podatkiem vat. Najlepsze, co rząd mógłby w tym przypadku zrobić, jeśli już musi – to objąć książki zerową stawką oraz obniżyć czynsze (nie tylko) dla tradycyjnych księgarń. Ceny spadną, czytelnictwo wzrośnie, zwiększają się zyski dla księgarzy. Czyż nie takie szczytne cele przyświecają autorom ustawy?

Zachęcam do włączenia się w akcję viralową Stowarzyszenia KoLiber pod hashtagiem #StopJednolitejCenieKsiazki.

Autor: Krzysztof J. Rup – autor jest członkiem stowarzyszenia KoLiber oraz Republikanie

[1] Polska Izba Książki, projekt ustawy o jednolitej cenie książki
[2] Ludwig von Mises, Interwencjonizm, tłum. Agnieszka Łaska, Jan M. Małek, Wydawnictwo ARCANA, Wydanie drugie, Kraków 2005, s. 18.
[3] cytat pochodzi ze strony: http://wgospodarce.pl/informacje/34432-pik-maksymalnie-o-5-proc-bedzie-mozna-obnizyc-cene-ksiazki-przez-rok-od-premiery (dostęp 12.02.2017)
[4] Ludwig von Mises, Mentalność antykapitalistyczna, tłum. Jan Michał Małek, Polsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego PAFERE, Warszawa 2012, s. 11.
[5] Ibidem, s. 59-60.
[6] Biblioteka Narodowa, Stan czytelnictwa w Polsce w 2015 roku, tabela W.3, s. 8.
[7] Ibidem, s. 45.
[8] Ten udział może być nawet większy, ale ze względu na to, że na Allegro sprzedawane są również książki używane – nie mogłem go zaliczyć.
[9] Ibidem.
[10] http://nowyobywatel.pl/2014/11/14/rynek-ksiazki-czy-przeciw-ksiazce/ (dostęp 15.03.2017).
[11] Ludwig von Mises, Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii, tłum. Witold Falkowski, Instytut Ludwiga von Misesa,Warszawa 2011, s. 234
[12] zob. Henry Hazlitt, Ekonomia w jednej lekcji, tłum. Grzegorz Łuczkiewicz, Instytut Ludwiga von Misesa,Warszawa 2012, s. 75-81.
[13] Henry Hazlitt, Ekonomia… op. cit., s. 95.
[14] Ludwig von Mises, Ekonomia i polityka. Wykład elementarny, tłum. Anna Brzezińska, Fijorr Publishing, Warszawa 2006, s. 58.
[15] Carl Menger – Zasady ekonomii, tłum. Bogusz Pawiński, Paweł Perka, Fijorr Publishing, Warszawa 2013, s. 183-185.
[16] Ludwig von Mises, Ludzkie… op. cit., s. 284-285.
[17] Mateusz Machaj, Wolna przedsiębiorczość. Podręcznik do nauki podstaw przedsiębiorczości, Instytut Ludwiga von Misesa, Wrocław 2016, s. 69-72.
[18] za: Radosław Wojsztyn, Interwencja triangularna i jej konsekwencje dla gospodarki, Instytut Misesa
[19] Biblioteka Narodowa, Stan czytelnictwa w Polsce w 2015 roku, Warszawa 2016.
[20] Ustawa o jednolitej cenie książki (projekt), Polska Izba Książki, 2017, Art.4 p.5, zob. też Art.11 p.2
[21] https://geniuscreations.pl/aktualnosci/dobic-rynek-wydawniczy-czyli-jednolita-cena-ksiazki/ (dostęp 16.03.2017)
[22] pozwala na to Art.3 projektu ustawy
[23] https://geniuscreations.pl/aktualnosci/dobic-rynek-wydawniczy-czyli-jednolita-cena-ksiazki/ (dostęp 16.03.2017)
[24] pozwala na to Art. 10 projektu ustawy
[25] pozwala na to Art. 12 i 13 projektu ustawy
[26] http://www.israelnationalnews.com/News/News.aspx/213037#.V1FAyfmLTDc
(dostęp 11.03.2017)
[27] https://en.wikipedia.org/wiki/Fixed_book_price_agreement (dostęp 14.03.2017)

2017-05-03T17:57:40+00:00 Marzec 16th, 2017|Artykuły, Blog|
  • Magda

    @prostaekonomia a co w przypadku, gdyby powstał pomysł ustalenia maksymalnej ceny książki? Czy mogłoby to przynieść odwrotne (dobre) skutki? Lub lepsze niż cena minimalna?
    P.s. Dzięki za wpis, fachowo wyjaśnia temat.

    • Hemdall

      Chyba ciężko ustalić taka cenę, a dodatkowo wtedy niektórym mogłoby się nie opłacać wydawać tych książek. Więc pomysł też raczej kiepski wg mnie 🙂

    • Wtedy zamiast nadwyżki mamy niedobór. Więcej osób chce kupić w tej „cenie maksymalnej” ale mniej osób będzie chciało dostarczać książki na rynek. Żadna z tych regulacji nie jest lepsza. Jedynie cena rynkowa zapewnia równowagę.

  • Marcin Flis

    Panie, VAT 0% na książki? Przecież o to właśnie chodzi, żeby był VAT, bo jak i cena wyższa, to i więcej z VACiku do kieszeni aparatu opresji. Proste? Proste.

  • Ofi

    Jeśli zmiana wejdzie w życie, przetrwają po niej i tak ci, co zawsze: giganci i sprytni. Ludzie, którzy czytają i tak zdobędą te książki. Ludzie, którzy nie czytają, bez uczenia od dziecka i tak już nie zaczną czytać. Słabe wydawnictwa i tak pozostaną słabe, a handlarze bez zrozumienia otaczającego ich świata i tak upadną, czy to w książkach czy gdziekolwiek indziej.

  • rrr

    Czy ten rząd jest tak skrajnie niekompetentny, żeby wprowadzać ustawy, które już były próbowane i nie sprawdziły się? Czy może to świadomy sabotaż?