Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
17 238 odsłony

Inflacja i deflacja

Inflacja i deflacja – definicja oraz jakie są ich skutki. Inflacja jako wzrost podaży pieniądza (drukowanie pieniędzy) i kreacja długu przez NBP i banki. Określamy czy faktycznie inflacja jest dobra dla gospodarki, tak jak to często słyszymy.

Tempo cyrkulacji pieniądza

W istocie nie ma czegoś takiego jak tempo cyrkulacji pieniądza. Pieniądz nie krąży w magiczny sposób po gospodarce. W każdym momencie ma swojego właściciela. W każdym momencie ma też swoją użyteczność dla jego posiadacza. Pieniądz schowany w materacu ma również swoją użyteczność. Na przykład, właściciel odkłada go na później, w oczekiwaniu na spadek cen dobra, które chce nabyć. Może pełnić też funkcję zabezpieczenia, na wypadek utraty pracy. W trakcie kryzysu z 1920 roku w USA, wywołanego uprzednią inflacją, rząd nie obawiał się deflacji (czyli powrotu do ilości pieniędzy odpowiadającej, wtedy jeszcze, ilości złota). Rozumiano, że deflacja jest lekarstwem. Należy przyjąć ten ból na klatę, rynek się oczyści z błędnych inwestycji i można ruszać dalej ze zrównoważonym rozwojem.

Od kilku lat jednak sytuacja wygląda inaczej. Banki centralne, zamiast pozwolić wkroczyć deflacji, czyli odpowiedzi na uprzednią inflację, która obniżyłaby ceny i zmiotła wszystkie nietrafione inwestycje i złe długi, postanowiły nie dopuścić do tego i wywołać sztuczne wzrosty cen. Pod sztandarami walki z kryzysem obniżyły stopy procentowe do rekordowo niskich poziomów i zaczęły wpompowywać nowo dodrukowane pieniądze do systemu bankowego. To spowodowało, że banki nie potrzebowały już depozytów do udzielania kolejnych pożyczek, wystarczyło, że pożyczą pieniądze od banku centralnego na bardzo niski procent. Zarazem więc ludzie zostali zniechęceni do oszczędzania, a banki i tak miały kapitał do pożyczania. Na zdrowy rozum powinno to powodować silne wzrosty cen przez rozbuchany popyt. Słyszymy jednak ponure głosy informujące nas o „ciążącym nad nami widmie deflacji”.

Czemu więc to nie zadziałało?

Działało do chwili, kiedy ludzie wydawali swoje oszczędności lub mieli jeszcze możliwość dalszego zadłużania się. Potem jednak oszczędności się kończą, długi przekraczają punkt krytyczny, a wtedy popyt zaczyna spadać, bo ludzie muszą teraz spłacać odsetki zamiast kupować.
Mimo spadku popytu, niskie stopy procentowe uniemożliwiły rynkowi oczyszczenie się z nieefektywnych przedsięwzięć i nierentownej produkcji. Poprzez tani kredyt, na rynku utrzymują się firmy, które w normalnej sytuacji powinny dawno ogłosić bankructwo. Te firmy jednak dalej produkują i dokładają się do światowej nadpodaży dóbr, co przy stojącym popycie powoduje spadek cen (nie deflację). Oczywiście w świecie niskich stóp procentowych produkcja jest zakłócona. Nie ma ogólnej nadpodaży, cześć branż produkuje za dużo, kosztem innych, które produkują zbyt mało.
Tani pieniądz pompuje również spektakularne bańki spekulacyjne, czyli największa część inflacji jest widoczna w cenach aktywów finansowych, które w wielu krajach już od dawna są oderwane od podstaw ekonomicznych. Wzrosty cen aktywów finansowych nie są uwzględniane jednak we wskaźnikach inflacji.
Kapitał inwestowany w aktywa finansowe przynosi posiadaczom kapitału większe zwroty niż inwestycja w produkcję. To z kolei prowadzi do utraty miejsc pracy i obniżek zarobków, tym samym obniżając ogólną siłę nabywczą klasy pracującej. Jest to dodatkowy czynnik obniżający ceny dóbr i usług.
Cały system jakoś się trzyma, dopóki prasy drukarskie są uruchomione. Jednak w końcu banki albo przerwą dodruk, albo wpędzą nas w hiperinflację, bo ludzie stracą zaufanie do waluty. Tak czy inaczej skończymy w kryzysie, który będzie dużo większy niż ten, który odbyłby się bez interwencji banków.

Prawa ekonomiczne są niezmienne jak prawo grawitacji. Nie można po prostu magicznymi sztuczkami nie dopuścić do kryzysu. Kryzys jest lekarstwem na złe inwestycje, które poczyniono w fazie ożywienia gospodarczego. Każde przeciwdziałanie temu jest po prostu odsuwaniem problemu w czasie i to przy towarzyszących temu wielu problemach. Inflacja waluty może mieć katastrofalne skutki. To, że polecimy samolotem na bardzo dużą wysokość i wyskoczymy z niego, nie spowoduje, że oszukamy prawo grawitacji. Po prostu uderzymy w ziemię trochę później i to z jeszcze większym hukiem, nawet jeśli przez chwilę pomyślimy, że umiemy latać. Po latach drukowania pieniędzy i utrzymywania niskich stóp procentowych banki centralne zamiast przyznać się do błędu, mówią, że to nie zadziałało, bo zrobiły tego za mało. To tak samo jak nosić wodę w durszlaku i uznać, że to nie działa bo mamy za mały durszlak. Nie, drogie banki, wasza polityka nie działa, bo nie ma prawa działać, a nie dlatego, że jest jej za mało. Pora zrezygnować z interwencjonizmu i wrócić do starego dobrego wolnego rynku.

Na poniższym wykresie pokazany jest wskaźnik inflacji CPI (consumer price index) w USA. Wersja oficjalna vs. wersja liczona według metodologii z 1980 roku. To pokazuje, jak zmieniając metodę liczenia, można kompletnie zmienić wyniki inflacji.

inflacja

Courtesy of ShadowStats.com

Jak mamy wierzyć zatem, że oficjalnie podawana inflacja, lub deflacja, jest zgodna ze stanem faktycznym? Indeks CPI jest „dostosowywalny” do poziomu inflacji potrzebnego w danym momencie. Ja w każdym razie nie widzę obecnej „deflacji” jak idę po zakupy lub płacę rachunki. Co daje zaniżanie inflacji w takim razie? No oczywiście możliwość ogłoszenia wyższego wzrostu gospodarczego, niż jest w rzeczywistości. Przecież od wzrostu gospodarczego inflacja ta musi być odjęta. Tym samym jeśli ją sztucznie zaniżymy, to możemy się chwalić lepszymi wynikami gospodarki na papierze.

Od zawsze słyszymy w mediach, że inflacja jest pożądana, że jest pozytywna dla gospodarki. Banki centralne są niezadowolone gdy inflacja nie osiąga pożądanego poziomu (2,5%). Jednak czy faktycznie tak jest, że stale rosnące na wskutek inflacji ceny są dla nas dobre?
Najpierw wyjaśnijmy samo zjawisko.

W dużym uproszczeniu: jeśli cały towar na świecie to cztery ołówki a całkowita ilość pieniądza to cztery złotówki, to każdy z ołówków będzie kosztował 1 zł. Jeśli bank centralny stworzy kolejne 4 zł a ilość ołówków nie zwiększy się – to ile będzie kosztował teraz każdy ołówek? Tak jest – 2 złote.

Inflacja jest to zwiększenie ilości pieniądza, czyli w obecnym systemie monetarnym, po prostu dodruk pieniędzy. Ogólny wzrost cen widzimy, gdy pieniędza przybywa szybciej niż popytu na ten pieniądz. Inflacją nie jest wzrost cen, jak mówi popularna definicja. Wzrost cen jest jedynie następstwem inflacji. Możemy mieć również inflację bez wzrostu cen. Wystąpiłoby to w sytuacji, gdyby jednakowo zwiększyła się ilość i ołówków i złotówek. Możemy mieć też wzrost cen bez inflacji, w przypadku, gdy ilość pieniędzy pozostałaby bez zmian, a katastrofa naturalna lub wojna zniszczyłaby dwa ołówki. Najczęściej jednak inflacji towarzyszy wzrost cen. Czemu więc inflacja i rosnące z nią ceny są dla nas niekorzystne?
Przede wszystkim dlatego, że zjada ona siłę nabywczą naszych oszczędności i pensji. Inflacja jest ukrytym podatkiem. Ukrytym dlatego, że na swoim koncie widzisz cały czas tę samą kwotę, ale przy inflacji równej 10%, za rok będziesz mógł kupić za to o 10% mniej produktów. Na inflacji korzystają za to dłużnicy. Wartość ich długu spada tyle samo co wartość oszczędności. Większość rządów na świecie jest bardzo silnie zadłużona, a to powoduje, że inflacja jest im na rękę. W momencie zaciągnięcia długu pieniądze są więcej warte, czyli kupują więcej, niż w momencie spłaty. Inflacja zniechęca zatem do oszczędzania a promuje konsumpcjonizm, bo przecież lepiej kupić dziś, jeśli jutro będzie drożej. Innym efektem inflacji jest zwiększanie różnic majątkowych w społeczeństwie. Nowo tworzone pieniądze nigdy nie trafiają na rynek równo. Największą korzyść odniosą na tym ci, do których pieniądz trafi na początku, bo kupują oni rzeczy jeszcze przed wzrostem cen. Najgorzej będą mieli ludzie, którzy otrzymają pieniądze jako ostatni, bo oni najbardziej odczują spadek siły nabywczej pieniądza.

Deflacja jest to odwrotne zjawisko. Jest to zmniejszenie ilości pieniądza w obiegu. Na przytoczonym przykładzie – jeśli bank wycofałby dwie złotówki to każdy ołówek kosztowałby 50 groszy. Deflacja skutkuje spadkiem cen. Nagradza osoby posiadające oszczędności, bo siła nabywcza tych oszczędności rośnie z czasem. Jest za to problemem dla dłużników, bo muszą oddać pieniądze, które są więcej warte niż te, które zostały pożyczone. Powoduje również spadek płynności, co wpływa na ostrożniejsze decyzje inwestycyjne. Deflacja jest zatem korzystniejsza dla osób konserwatywnie zarządzających swoimi pieniędzmi.

Spadek cen może nastąpić również bez deflacji. Na przykład w sytuacji, gdy ilość pieniędzy zostałaby taka sama, a poprzez wzrost produkcji zwiększyłaby się ilość ołówków. Czy taki spadek cen jest czymś złym dla kogokolwiek? Przecież chcemy, żeby wszystko można było kupować coraz taniej. Może takie zjawisko jest dobre dla konsumentów, ale nie dla producentów? Spójrzmy w takim razie na producentów komputerów, telefonów komórkowych i samochodów. Gdy technologia produkcji była prymitywna, to tylko nieliczne bogate osoby mogły pozwolić sobie na takie wynalazki. Poprzez wzrost produktywności, spowodowany wprowadzaniem nowych technologii, producenci byli w stanie wytwarzać te rzeczy szybciej, taniej i w większych ilościach. To spowodowało, że teraz dużo więcej osób może pozwolić sobie na komputer, telefon i auto. Nie dość, że są bardziej dostępne, to są dużo lepsze niż były na początku swojego istnienia. Czy możemy powiedzieć, że producenci samochodów, komputerów i telefonów są od tego biedniejsi?
A może ciągły spadek cen jest zły dla gospodarki? Może ludzie, przy spadających cenach, będą w nieskończoność odkładać decyzję o kupnie, bo w przyszłości zawsze będzie taniej? Może popyt zupełnie zaniknie? Pomyślcie o tym sami. Wiemy, że co roku komputery można kupić taniej, albo przynajmniej dużo lepsze technologicznie przy tej samej cenie. Czy to spowoduje, że nie kupimy komputera, jeśli jest nam potrzebny? Oczywiście, że kupimy, bo potrzebujemy go teraz a nie za rok. Czy będziemy w nieskończoność odkładać decyzję o kupnie jedzenia wiedząc, że za rok będzie tańsze? Z oczywistych powodów – nie.

W mojej opinii najlepszy jest stabilny pieniądz, którego ilości nie można zwiększać lub zmniejszać w nagły sposób poprzez decyzję banków centralnych. Dostępne w cyrkulacji pieniądze powinny być regulowane w naturalny sposób przez to ile wydajemy a ile oszczędzamy i tym samym ile pieniędzy jest realnie dostępnych do finansowania inwestycji. Mechanizmy wolnorynkowe wymuszą wtedy na bankach komercyjnych ustalenie odpowiednich stóp procentowych. Natomiast wszelkie spadki cen, spowodowane wzrostem produktywności, powinny być dla nas naturalną nagrodą towarzyszącą rozwojowi gospodarki i nie powinno się temu przeciwdziałać.

Dlaczego nie każda inflacja wpływa wprost proporcjonalnie na wzrost cen nawet przy braku wzrostu produkcji? Odpowiedzialne za to jest tempo cyrkulacji pieniądza w gospodarce. Opisuję to pod filmem na naszej stronie – prostaekonomia.pl. Żeby nie przegapić kolejnych filmów, zachęcam do subskrybowania naszego kanału na Youtube i polubienia naszej strony na Facebooku. Linki znajdziesz w opisie filmu.

2017-08-05T21:48:04+00:00 Listopad 6th, 2015|Blog, Filmy, Historyjki|
  • Piotr

    Jak się ma inflacja do ciągle wzrastającej liczby ludności na świecie? Czy biorąc ten czynnik pod uwagę nie wydaje się ona konieczna?

  • snook

    Jak to jest, że wykresy obrazujący inflację liczoną według metodologi z 1980 jest identyczny jak ten dla CPI tylko przesunięty o pewną liczbę? Poniżej odpowiedź. ściema bajera ten wskaznik inflacji. nie ulega wątpliwości, ze inflacja jest wyższa niż ta oficjalnie podwawana ale shadowstats nie jest również wiarygodnym pomiarem

    http://mises.pl/blog/2016/07/27/machaj-shadowstats-a-pomiar-prawdziwej-inflacji/

    • Czytałem to już wcześniej, ale po publikacji naszego artykułu. Przemawiają do mnie argumenty M. Machaja