Czym płacimy za produkty i usługi, które są nam potrzebne? Pieniędzmi, tak, ale pamiętając o tym, że pieniądz jest środkiem wymiany, czym tak naprawdę za nie płacimy? Płacimy za nie produkcją. Aby móc konsumować, trzeba najpierw produkować.

Prosty przykład:
Załóżmy, że jestem fryzjerem i chcę kupić bułki. Mogę iść do sklepu spożywczego i zaproponować, że kupię bułki w zamian na nową fryzurę dla właścicielki sklepu. Może nawet mi się to uda, jeśli właścicielka takiej usługi będzie potrzebować. Może się jednak okazać, że właścicielem sklepu jest łysy facet, a wtedy moja usługa będzie dla niego bezwartościowa. Z tej przyczyny pieniądz jest przydatnym środkiem wymiany. Świadczę usługi fryzjerskie np. pani Joli, i za zarobione pieniądze kupuję bułki.
Niech to jednak nie zaciemnia nam obrazu. Wciąż kupuję bułki za moje usługi fryzjerskie. Produkuję usługę i moja produkcja umożliwia mi konsumpcję bułek. To, że w wymianie pośredniczy pieniądz, nie zmienia podstawowego faktu, że żeby coś kupić – najpierw musimy coś sprzedać.
Taka wymiana, o ile jest dobrowolna, jest oczywiście korzystna dla obu stron. Gdyby nie była, to nikt by się w nią nie angażował. Jako fryzjerowi odpowiada mi to, że mogę skupić się na świadczeniu usług w których jestem dobry i wydajny, a sprawę wypiekania bułek zostawiam specom w tej dziedzinie. Łysy właściciel sklepu nie potrzebuje co prawda moich usług, ale zyski z jego produkcji wydaje na inne, ważne dla niego, dobra. Np. okazuje się, że Pani Jola, która skorzystała z mojej usługi, produkuje płyn na porost włosów, który kupuje od niej regularnie właściciel sklepu. Dzięki wymianie handlowej ja, Pani Jola i łysy sklepikarz, otrzymaliśmy to czego chcemy taniej, niż gdybyśmy mieli robić to sami.
Czym jest zatem import i eksport? Import jest transakcją kupna, natomiast eksport transakcją sprzedaży. Jedynym powodem dla którego mamy dla nich osobne nazwy wynika z tego, że odbywają się one między jednostkami z różnych krajów. Z przekroczeniem granicy jakiegoś obszaru nie zmieniają się jednak prawa ekonomii. Wciąż musimy płacić produkcją za konsumpcję oraz wciąż dobrowolna wymiana jest korzystna dla obu stron. W prostych słowach, eksport służy nam do opłacenia importu.

Zapewne spotkałeś się z twierdzeniem, jakoby to eksport był ważniejszy od importu. Wróćmy jednak do przykładu fryzjera. Na czym mi zależy jako fryzjerowi? Czy zależy mi, żeby robić więcej fryzur niż konsumować bułek? Czy produkcja jest moim celem? No pewnie, że nie. Najchętniej leżałbym na plaży do góry brzuchem i chciałbym, aby podtykano mi bułki pod nos. Moim celem jest konsumpcja, a nie produkcja. Produkcja jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. Naszym celem jest więc import, bo to oznacza kupowanie wszystkich fajnych rzeczy z zagranicy. Eksport jest „złem koniecznym”, które pozwala nam za ten import zapłacić. Gdyby udałoby się nam stale importować bez konieczności eksportowania, to tym lepiej dla nas! Takiej możliwości jednak nie ma.

Mając to w pamięci przejdźmy do omówienia protekcjonizmu.

Rozważmy takie zagadnienie: wszyscy wiemy, że żeby zaszkodzić jakiemuś krajowi, nakłada się na niego sankcje. Jednak z pewnych przyczyn nakładanie ceł i ograniczanie handlu, czyli w efekcie nakładanie sankcji handlowych na samego siebie, wiele osób uznaje za pozytywne. Pobudzimy popyt wewnętrzny – mówią. Czy to myślenie jest uzasadnione?

Posłużymy się tu przykładem z poprzedniego filmu. Są dwa kraje. Jeden leży na dalekiej północy a drugi na dalekim południu. Załóżmy, że nie mają ze sobą kontaktu. Północy kraj jest świetny w produkowaniu świerkowych desek, jednak potrzebuje też pomarańczy, więc część jednostek ponosząc ogromne nakłady, wybudowała szklarnie i stworzyła odpowiednie warunki do uprawy pomarańczy. Południowy kraj pomarańczy ma mnóstwo, rosną wszędzie bez konieczności stwarzania im dodatkowych warunków. Następuje moment, gdy te dwa kraje nawiązują kontakty handlowe. Rynek kraju północnego nagle zalany jest tanimi pomarańczami. Pomarańcze z południa, nawet po opłaceniu transportu, są o połowę tańsze, ale też dużo smaczniejsze, niż szklarniowe kwaśne pomarańcze z północy. Oczywiste jest, że dostęp do owoców tańszych o połowę jest dla wszystkich korzystny. No, prawie wszystkich. Oczywiście niezadowolony będzie północny producent pomarańczy. Będzie on starał się przeforsować cła w imię ochrony rodzimego biznesu. Będzie starał się podawać argumenty, że 500 osób zatrudnionych w jego firmie straci nagle pracę. Udowadniał będzie, że konkurencja z południa jest nieuczciwa, ponieważ mają więcej słońca niż ludzie z północy. Te i inne argumenty są Ci zapewne znane po przeczytaniu genialnej „Petycji producentów świec” Bastiata, którą umieściliśmy na naszej stronie w środę.

Gdyby producent pomarańczy przeforsowałby swoje postulaty i na pomarańcze z południa nałożone zostałoby cło, to on na tym zyska, ale wszyscy konsumenci stracą. W końcu import rozpoczął się tylko dlatego, że produkcja pomarańczy w kraju południowym jest bardziej opłacalna. Wszyscy konsumenci subsydiowaliby w tej sytuacji nieefektywnego krajowego producenta, drożej kupując pomarańcze. Jednocześnie kapitał ludzki, czyli pracownicy jego firmy, byłby zamrożony w nieefektywnej działalności, co utrudniałoby rozwój efektywnym branżom, które chcą rozszerzać swoją działalność i potrzebują pracowników. Prościej mówiąc, marnowałoby się ograniczone zasoby na nieopłacalną produkcję. Zasoby, które w innym miejscu mogłyby przynieść dużo większą wartość dodaną. Zarówno dla jednostki, jak i miasta, województwa czy kraju, błogosławieństwem jest to, że może kupować coś taniej, niż jest w stanie wyprodukować na własną rękę.

Tak, to prawda, że przy braku cła nieefektywny producent będzie miał kłopot, bo jego biznes padnie i będzie musiał się przekwalifikować. Jednak to samo zauważamy w mniejszej skali. W danym mieście, czy nawet danej dzielnicy, też może się pojawić bardziej efektywny producent, a mniej efektywny straci pracę i będzie musiał zająć się czym innym. Jakiego producenta interesuje, czy wygryzła go z rynku konkurencja krajowa czy też zagraniczna? Żadnego. Konsumentów też to nie interesuje. Ważne jest dla nich, że otrzymują produkt tańszy i lepszy. Dzięki temu ich standard życia wzrośnie, bo będą mogli pozwolić sobie na kupno większej ilości dóbr za zaoszczędzone pieniądze. I to jest szansa dla producenta, który stracił pracę. Może zacząć zaspokajać potrzeby, które do tej pory nie były zaspokojone, gdyż ludzi nie było na to stać. W związku z tym import niszcząc jedno miejsce pracy, tworzy kolejne w innym miejscu. Wolna wymiana handlowa przyczynia się do wzrostu bogactwa obu stron transakcji. Gdy uznajemy, że wymiana jest pozytywna na poziomie jednostek, to nie możemy uznać, że suma pozytywnych wymian między jednostkami, może dać efekt negatywny. Nakładanie ceł i ograniczanie wolnego handlu zawsze przyniesie negatywne skutki ekonomiczne. Natomiast uczestnictwo w międzynarodowym podziale pracy przysłuży się wzrostowi naszego poziomu życia.

Jest natomiast pytanie, które warto sobie zadać. Czy można spowodować, że nasza produkcja będzie bardziej konkurencyjna w stosunku do innych krajów? Częściowo tak. Jak pisze Jan Jakub Tyszkiewicz w swoim przewrotnie zatytułowanym artykule „Nasz wróg import”:
„Czynniki wpływające na to, że gdzieś bardziej opłaca się produkować dane dobro można podzielić na dwa rodzaje: interwencjonistyczne oraz rynkowe.”

Tak jak wolnorynkowe czynniki są trudne do zmiany, gdyż chodzi tu o ilość surowców, położenie geograficzne czy np. tradycję wytwarzania czegoś, tak w przypadku interwencjonistycznych czynników ograniczających produktywność jest już łatwiej. Należą do nich: wszelkie regulacje rynku, podatki i inne obciążenia, wpływ związków zawodowych na ustawodawców itp. Nie jesteśmy w stanie zmienić faktu, że nasz kraj nie jest potentatem naftowym, ze względu na małą ilość tego surowca, ale jesteśmy w stanie, przy dobrej woli rządzących, ograniczyć do minimum wszelkie bariery ograniczające produktywność spowodowane ingerencją rządu w rynek. Wciąż nie będziemy mogli w tej sytuacji produkować wszystkiego, ze względu na czynniki niezależne od nas, jednak na pewno będziemy bardziej efektywni w produkcji. Zatem odpowiedzią na lepszą pozycję Polski na rynku międzynarodowym nie jest więcej regulacji, tylko mniej. Przy dobrych warunkach do prowadzenia biznesu będziemy w stanie lepiej konkurować z firmami zagranicznymi tam, gdzie jest to możliwe, bez żadnej dodatkowej pomocy ze strony państwa.

Bastiat – Petycja producentów świec prostaekonomia.pl/petycja-producentow-swiec/
Murray Rothbard – Neomerkantylizm http://mises.pl/blog/2010/08/08/rothbard-neomerkantylizm/
Jan Jakub Tyszkiewicz – Nasz wróg import http://mises.pl/blog/2016/03/04/tyszkiewicz-nasz-wrog-import/

Książki jasno wyjaśniające temat:

„Ekonomia w jednej lekcji” – Henry Hazlitt (rozdziały: „Kogo chronią cła?”„Kampania na rzecz eksportu”)
„Ekonomia zdrowego rozsądku” – John Tamny (część III: Handel)