Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
5 251 odsłony

Edukacja – wolność vs przymus

Czy edukacja jest synonimem nauki w szkole? Oczywiście nie. To, że oglądasz nasze filmy jest tego najlepszym przykładem. Człowiek edukuje się w każdym momencie swojego życia. Każde doświadczenie, czynność, każda interakcja z drugim człowiekiem, każdy program w TV, artykuł czy książka czegoś nas uczy i rozwija nasze umiejętności. Drugą rzeczą, jaką należy zaznaczyć we wstępie, jest to, że każda jednostka jest unikalna. Każdy ma inne zdolności intelektualne i fizyczne, zainteresowania, talenty i zdolności. Ludzie rozwijają się też w innym otoczeniu, które również ich kształtuje. Człowiek przez większość życia uczy się sam w spontaniczny sposób.

Czekaj...

Z którą z poniższych opinii zgadzasz się bardziej?

Dziękujemy!
Już głosowałeś.
Wybierz opcje.

    Czy zatem nauczyciele są zupełnie niepotrzebni? Czy powinniśmy wyrzucić wszystkie podręczniki? W żadnym wypadku. Są dziedziny wiedzy, które wymagają systematycznego przyswajania i logicznego uporządkowania. Takie dziedziny wymagają, jak je nazywa Rothbard, kształcenia formalnego. Tego typu wiedzę nabywa się poprzez czytanie książek i nauczycieli, którzy uzupełniają i pomagają zrozumieć zawartą w nich wiedzę. Zatem nauka, z pomocą książek i nauczyciela jest ważna i potrzebna. Czy jednak obecny system edukacji służy najlepiej tym wszystkim wyjątkowym, pod względem zdolności i talentów, ludziom?

    Wyobraźmy sobie taką sytuację:

    Było sobie troje rówieśników: mały Jacuś, mała Ala i mały Franuś. Każde z tych dzieci miało inne zainteresowania. Jacusia od najmłodszych lat fascynowała przyroda. Godzinami przesiadywał z lupą i oglądał życie owadów, obserwował ptaki i oglądał kanały przyrodnicze. Nie można go było od tego oderwać. Ala z kolei interesowała się modą. Ciągnęła rodziców za rękaw, gdy przechodzili z nią obok zakładu krawieckiego. Prosiła mamę, żeby nauczyła ją szyć, a potem sama szyła ubranka dla lalek.  Z zafascynowaniem przeglądała wszystkie katalogi z ubraniami i nie przegapiła żadnego pokazu mody, który leciał w telewizji. Franuś od dziecka był konstruktorem. Jego ulubioną zabawką we wczesnych latach były klocki lego, z których budował budynki i mosty, a potem testował ich wytrzymałość na różne sposoby. W telewizji oglądał programy o budowie wielkich drapaczy chmur i innych imponujących konstrukcji. Zawsze pytał ojca jak coś jest zrobione, zbudowane czy skonstruowane.

    W końcu nadszedł moment, gdy należało, zgodnie z obowiązującym przymusem, posłać dzieci do szkoły gdy miały 7 lat. Rządowa instytucja opracowała jednakowy podręcznik i system nauczania dla wszystkich. Tak się złożyło, że cała trójka wylądowała w tej samej klasie. Na lekcjach przyrody Jacek był prymusem, łapał wszystko w lot i chciał od razu przechodzić do kolejnych tematów, ale Ala i Franek mieli ogromne problemy ze zrozumieniem tych zagadnień. Nauczycielka musiała poświęcić im dużo więcej czasu, podczas którego Jacek strasznie się nudził. Dodatkową tragedią było dla niego to, że lekcje przyrody były tylko 2 razy w tygodniu po godzinie lekcyjnej. Na lekcjach plastyki z kolei, błyszczała Ala, a Jacek z Frankiem wyglądali jak troglodyci malujący pierwotne obrazki w jaskiniach. Mimo wszystko Ala lubiła szyć, ale nie bardzo lubiła malować, więc tylko niektóre lekcje plastyki jej się podobały. Z kolei na matematyce Franek bił wszystkich na głowę, bo miał ścisły umysł i liczby przemawiały do niego lepiej niż słowa. Na pozostałych przedmiotach dzieci prezentowały w miarę równy poziom, ale nie każdemu odpowiadał dany sposób nauczania. Jacek był typowym wzrokowcem, więc szybko się nudził słuchając wykładu, natomiast ożywiał się, gdy nauczyciel wyświetlał film. Franek z kolei najlepiej uczył się czytając więc robił notatki, a wiedzę musiał przyswajać dopiero w domu. Ala natomiast uczyła się najlepiej przez praktykę. Nie umiała zapamiętać czegoś dobrze, jeśli nie zrobiła tego sama. Teoria w ogóle do niej nie trafiała.

    Tak właśnie wygląda przymusowa edukacja, która jest jednakowa dla wszystkich. Niszczy się kreatywność i indywidualizm oraz umiejętność krytycznego myślenia. Zdolniejsze dzieci w danej dziedzinie muszą dostosować swój poziom do mniej zdolnych, bo przecież każdy musi otrzymać równą edukację. Tyle, że ludzie nie są równi, są ludzie zdolni i mniej zdolni. Bardziej i mniej inteligentni. Jedni są lepsi w tej rzeczy, a drudzy w tamtej. Są geniusze, którzy błyszczą w jednej dziedzinie, a w pozostałych zupełnie sobie nie radzą. Nie każdy powinien uczyć się dokładnie tego samego, przez taki sam czas i w taki sam sposób. Czemu tak wiele osób lubi się uczyć samemu tego, co go interesuje, a nie znosi szkoły? Właśnie z wyżej wymienionych powodów.

    Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież mamy też prywatne szkoły, więc o co tyle szumu?

    Zarówno prywatna jak i państwowa szkoła musi realizować tzw. podstawę programową. Nie ma większego znaczenia, czy szkoła jest państwowa czy prywatna, gdy i tak monopol na program nauczania ma rząd. Wyobraź sobie jaka byłaby Twoja reakcja, gdyby państwo ustaliło, że jedyną telewizją będzie od dziś TVP i każdy obywatel ma obowiązek oglądać ją przez 3 godziny dziennie od 17:00 do 20:00. Powiedziałbyś, że nie ma problemu, bo każdy może ją oglądać na prywatnym telewizorze? Nie, bo co z tego, że telewizor jest prywatny, skoro treści są państwowe. To samo jest z prywatnymi szkołami z rządowym programem nauczania. Edukacja jest zmonopolizowana i przymusowa.

    Przy wolnej konkurencji i braku przymusu w edukacji, tak jak w każdej innej dziedzinie, jakość by rosła, a koszty spadały do możliwie najniższych poziomów. Szkoła konkurowałaby ze szkołą, a nauczyciel z nauczycielem. Powstawałyby szkoły o różnych profilach, dopasowujące się nieustannie do wymagań swoich klientów. Część osób uczyłoby dzieci samemu, część posyłało do szkół, a część wynajmowało nauczyciela, aby uczył dziecko indywidualnie. Niektórzy może od wczesnych lat uczyliby się jakiegoś zawodu, a na naukę innych rzeczy poświęcaliby dużo mniej czasu.

    Obecnie, aby zdać maturę, trzeba osiągnąć 30% poprawnych odpowiedzi. Niech ktoś potem spróbuje powiedzieć z uśmiechem na ustach szefowi w firmie handlowej, że wykonał 30% planu sprzedażowego, albo że wypełnił 30% swoich miesięcznych obowiązków. Wyleciałby z pracy bardzo szybko. Ustalając zdawalność egzaminu na 30% uczy się ludzi niskiego stawiania sobie poprzeczki. W obecnym systemie jednak nie może być inaczej. Jeśli poziom nauczania ma być równy dla wszystkich, to zawsze będzie równie niski, a nie równie wysoki.

    Ok, ale przecież gdyby szkoły były prywatne to niewiele osób byłoby na nie stać!

    W takim razie zobaczmy jak darmowa jest nasza edukacja. W 2014 roku wydatki państwa na edukację, bez uczelni wyższych, wyniosły 66,7 mld złotych. Forum Obywatelskiego Rozwoju w swoim projekcie „Rachunek od państwa” za 2014 rok wyliczyło, że przekłada się to na 1550 zł rocznie na każdego mieszkańca Polski: mężczyznę i kobietę, dziecko i starca. Średnia długość życia w Polsce to około 78 lat. Jeśli poziom wydatków na edukację by się utrzymał na poziomie z 2014 roku, to każdego obywatela kosztowała by ona w ciągu życia 120 900 zł. Tyle średnio każdy z nas przez całe życie zapłaci za „darmową edukację”. I przypominam, że chodzi tu tylko o podstawówkę, gimnazjum i liceum. Bez szkół wyższych. Naprawdę nie byłoby nas stać na edukację, gdyby nie zabrano nam w ciągu życia 120 900 zł? To ponad 10 tys. złotych na rok edukacji przyjmując, że na wolnym rynku utrzymałby się 12-sto letni czas nauki, jaki mamy w tej chwili.

    Warto jeszcze wspomnieć o edukacji w domu, która jest możliwa w Polsce. Sytuacja jest zbliżona do szkoły prywatnej. Po pierwsze rodzice muszą spytać dyrektora szkoły, czy mogą uczyć swoje dziecko w domu i oświadczyć, że mają warunki do nauczenia podstawy programowej ustalonej przez rząd. Potem dziecko musi zdawać co roku egzamin klasyfikacyjny i na tej postawie otrzymuje świadectwo szkolne. Taki tok nauczania jest indywidualny i być może dużo bardziej służy dziecku, ale wciąż taka edukacja nie jest wolna.

    Więcej o wolnej edukacji przeczytasz w książce Murray’a Rothbarda „Edukacja wolna i przymusowa” oraz w książce Jakuba Wozinskiego „To nie musi być państwowe”.

    2017-08-05T20:42:55+00:00 Marzec 26th, 2016|Blog, Filmy, Historyjki|
    • Mateusz

      Jest tylko jeden problem. To nie ty odpowiadasz za swoją edukację a Twoi rodzice. Jak dobrze wiemy większość społeczeństwa to idioci. Więc przerzucając odpowiedzialność na rodziców z dużym prawdopodobieństwem dostaniemy szczątkową edukację, albo wcale jej nie dostaniemy bo dla niektórych zaoszczędzenie paru złotych jest ważniejsze niż dziecko.
      Każdy powinien odpowiadać za siebie, ale nie może odpowiadać za siebie bo jest za młody.
      Większość szanuje swoich rodziców, ale nikt nie chce trafić w ręce osoby która uniemożliwia edukację prawda? W tej chwili system zmusza wszystkich do równej edukacji właśnie ze względu na takie patologiczne przypadki.

      Każdy kto jest zafascynowany czymś bez problemu poradzi sobie z takimi błahymi problemami jak słaba edukacja i weźmie się sam za siebie, i KAŻDY ma możliwość zdobycia wykształcenia ponieważ umie czytać i sam się może wszystkiego nauczyć.

      • marcin009988

        Taki stan jest właśnie przez państwową edukację. Im wcześniej się jej pozbędziemy tym wcześniejsze pokolenie nauczy się odpowiedzialności od której odzwyczaiło nas państwo opiekuńcze.
        Czy pamiętając, że twoi rodzice olali twoją edukację, przez co nie mogłeś się rozwijać, zafundowałbyś ten sam los swoim dzieciom? Każda zmiana z początku przynosi jakieś straty (można to nazwać inwestycją na przyszłość), ale sytuacja się w końcu normuje i jest jak być powinno. Im dłużej się odciąga tą zmianę tym większe będą straty przejściowe, więc im szybciej tym lepiej.

        • Byvy

          To tak jakbyś powiedział: „czy pamiętając jak twój ojciec zniszczył sobie i innym życie przez alkoholizm, sam byś do tego dopuścił?” Fajnie brzmi, ale w praktyce dzieci alkoholików wcale nie są mniej podatne na alkoholizm.

        • Til

          Odpowiadając na Twoje pytanie: nie, nie zafundowałbym. Ale dlatego, że zapewne byłbym intelektualnym troglodytą, i nie miałbym pojęcia, jak ważna jest nauka i jak uczyć własne dzieci. Nie każdy ma rodziców na poziomie, którzy dbają o pociechy tak, by ułatwić im start w dorosłe życie. Model prywatnej edukacji jest dobry, jeśli ludzie są świadomi, jak ważne zadanie na nich spoczywa. Niestety większość osób olałaby sprawę, a braku wydatków w budżecie ne edukację zapewne by nie odczuła – a jeśliby pieniądze na edukację dać obywatelom, to przypuszczam, że 95% ludzi cieszyłoby się z pieniędzy i by je skonsumowało, zamiast faktycznie wydać na edukację swoich pociech.

          • Byvy

            Po pierwsze, jakby skonsumowało, to by się nie rozpłynęły, tylko jeszcze przyspieszyły rozwój gospodarczy.
            Po drugie ludzie może nie są za mądrzy, ale już prędzej by przepłacali. Ba, nawet teraz tak jest. Pomimo, że wielu rodziców musi mocno w tym celu zacisnąć pasa, to i tak fundują „dzieciom” studia. Często zarabiając najniższą krajową. A jak spojrzeć trochę dalej, to nawet kredyty ludzie biorą i płacą tysiące dolarów. A dzieci z rodzin patologicznych raczej nie miałyby gorzej. Znam takie przypadki, w których lepiej by było, jakby ktoś nie chodził do szkoły, bo i tak po wielu latach „nauki” potrafi tylko powoli czytać, a umiejętności matematyczne kończą się na potęgowaniu niezbyt dużych liczb.

      • Byvy

        W „patologicznych przypadkach” raczej nie zmieniło by się na gorsze, patrząc na to, że teraz w gimnazjum nie każdy potrafi płynnie czytać. Poza tym jak spojrzeć na to tak jak ty, to wystarczy obowiązek nauki czytania, a reszta i tak tylko przeszkadza.

    • Byvy

      Zaznaczyłem drugą opcję, bo mi do tego bliżej, ale ja szkolnictwo bym jednak zorganizował inaczej. Ustaliłbym obowiązkową podstawę nauczania (ale naprawdę podstawę, jakbym był dzieckiem, w czasie wprowadzenia takiego „profilu” edukacji, to dałbym radę nauczyć się tego w domu) , który rodzice byliby zobowiązani przekazać swojemu dziecku w jaki sposób by tego chcieli. Obejmowałby on czytanie (pewnie też techniki szybkiego czytania, na które zabrakło miejsca w dzisiejszej podstawie programowej…) i pisanie, nauki matematyczne, znajomość podstaw historii, nauk przyrodniczych itp. Skupiłbym się tylko na podstawach i rzeczach praktycznych, które musiałyby być opanowane bardzo dobrze, a nie na 30%, i to w przypadku zdolniejszych, bo ci, którzy nie zdecydowali się na maturę często nie wiedzą tak prostych rzeczy, że szczęka opada.
      Całkowita „samowola” (źle to brzmi, ale nie mogłem znaleźć lepszego słowa) nie jest według mnie tutaj dobra, bo dzieci nie mogą za siebie decydować.

    • takamama

      Nauczam syna w domu (piąta klasa). Na naukę podstawy poświęcamy 1-2 godziny dziennie, cała reszta to zabawa- poznajemy świat żyjąc w nim, chodzimy do lasu, uczymy się w muzeach, oglądamy filmy, czytamy, robimy eksperymenty. W tradycyjnej szkole cofał się i intelektualnie, i emocjonalnie, i społecznie. Teraz rozkwita 🙂 Kosztuje nas to dużo wysiłku (bo wszystko trzeba zaplanować), ale warto. Jeśli chodzi o czas, to dłużej odrabiał zadania domowe niż teraz uczy się podstawy.

      • Szanujemy:)

      • Byvy

        Na prawdę godne podziwu. I uwypukla rzecz, którą już dawno zauważyłem – większość czasu i pieniędzy poświęconych na „edukację” to wielkie marnotrawstwo.

    • Wojciech Nadurski

      Jeśli edukacja nie byłaby przymusowa, to bardzo wiele dzieci z rodzin patologicznych nie miałaby żadnej szansy, żeby wyrwać się z patologii.

      A co gdyby, edukacja była przymusowa, ale jej program nie był ustalany przez instytucje państwowe? Szkoły byłyby sprywatyzowane, same opracowywałyby program nauczania, ale państwo finansowałoby edukację szkolną, żeby każde dziecko mogło pójść do szkoły. To oczywiście generowałoby podatki ale i tak chyba mniejsze niż w obecnym systemie.

      Czy jest to jakieś rozwiązanie? Po prostu martwię sie o dzieci z rodzin patologicznych 😛

      • Z powodu tego, że często padał taki argument – napisałem ten artykuł. http://prostaekonomia.pl/prawda-o-wolnosci/

        • Wojciech Nadurski

          Oo, dzięki 😀

      • Byvy

        Opcja pierwsza: dziecko z patologicznej rodziny nie chce się uczyć – w dzisiejszych warunkach chodzi do szkoły tyle, ile musi, żeby móc zdać i zatrzymuje swój rozwój na prostych rachunkach tudzież powolnym czytaniu. Dla wszystkich lepiej, żeby nie chodził do tej szkoły. Paradoksalnie będzie dzięki temu o wiele mądrzejszy. Opcja druga: chce się uczyć – obecnie szkoła niezbyt mu pomaga. Wpychają mu do głowy rzeczy, którymi się nie interesuje, a jeśli się interesuje, to bardzo często mu zainteresowania obrzydzają lub wałkują kilka lekcji rzeczy dla niego proste. W sytuacji „wolnej edukacji” mógłby się wielu rzeczy nauczyć za darmo przez internet (jak to i teraz jest często np. w przypadku programowania, gdzie potrzebne są duże umiejętności i wiedza, a jednak się da). W przypadku przedmiotów technicznych – uczy się w pracy/stażu, albo po prostu wykonuje jakieś proste prace i płaci za naukę. Na prawdę da się to zrobić niedrogo.

        Wiem, że uproszczone, ale to tylko komentarz. Jestem otwarty na dyskusje, tylko fajnie by było, jakby ktoś najpierw przemyślał to, co pisze.

        • Wojciech Nadurski

          Dziękuję, za streszczenie filmu, pod którym ta dyskusja dzieje się, ale też go oglądałem. Co więcej, już wcześniej słyszałem o „wolnych szkołach” i wcześniej byłem ich zwolennikiem.

          Nie ważne, czy dziecko chce się uczyć, czy nie. Chodzi o szansę wyjścia poza ramy otoczenia, w jakim się znajduje. Zaproponowałem, żeby dać dziecku tę szansę, ale nie mogę sprawić, żeby z niej skorzystało. Mimo wszystko jakakolwiek edukacja jest lepsza niż żadna.

          • Byvy

            Nie ma darmowych materiałów? A ja mogę podać przykłady:
            *angielski i inne języki – materiały typu wiadomości w danym języku, filmiki na yt, piosenki z tłumaczeniem, filmy z napisami, duolingo, newsinlevels;
            *programowanie – filmy Mirosława Zelenta, po angielsku to już w ogóle kupa materiału, SPOJ;
            *przedmioty szkolne – khanacademy.org;
            *elektronika – yt, do tego trzeba trochę pieniędzy, żeby praktycznie porobić, ale to nie są duże sumy;
            *psychologia i także przedmioty szkolne – crash course…

        • Wojciech Nadurski

          internet, ani dobre materiały do nauki nie są darmowe