Naucz się ekonomii w przyjemny i przystępny sposób!
6 613 odsłony

CETA – Czy kanadyjskie korporacje zmonopolizują polski rynek?

Na przestrzeni ostatnich dni przez Internet przelała się po raz kolejny fala dyskusji związanych z umową CETA, której bezpośrednią przyczyną była ratyfikacja dokumentu przez Parlament Europejski. Mogłoby się wydawać, że wszystko na ten temat zostało już powiedziane – w sieci znajduje się wiele artykułów tłumaczących w sposób jednoznaczny płynące z ratyfikacji korzyści (np. tutajtutaj). Czytając wypowiedzi przeciwników porozumienia kanadyjsko-europejskiego łatwo jednak dostrzec motyw, na którym opierają się bardziej skonkretyzowane argumenty przeciw umowie, a który być może nie został dotychczas wystarczająco wyeksponowany w tekstach polemicznych i podważony na gruncie teorii ekonomii i historii gospodarczej. Jest to obawa (niekoniecznie związana z kwestią GMO) o zmonopolizowanie polskiego rynku przez kanadyjskie korporacje. Jednym tchem dodaje się do tego zarzutu, że ich niebezpieczna pozycja wyniki z ich powiązań z rządem Kanady lub innych państw zachodnich, dzięki którym mają przewagą nad polskimi (i/lub europejskimi) producentami, co ma im właśnie umożliwić zmonopolizowanie rynków Europy i konsekwentny wyzysk mieszkańców starego kontynentu. W tej optyce CETA wcale nie liberalizuje handlu i rynków, ale pozwala korporacjom („żyjącym w symbiozie z zachodnimi rządami”) na omijanie czy wykoślawianie praw rynku i podporządkowywanie go swojemu dyktatowi. Sprzeciw wobec umowy może się więc jawić jako obrona wolnego rynku. Choć bezpośrednim impulsem powstania niniejszego tekstu są kontrowersje związane z CETA, jego zadaniem jest przede wszystkim pokazanie, że nie da się bronić wolnego rynku czy wolnego handlu za pomocą instrumentów protekcjonistycznych niezależnie od okoliczności.

Zacznijmy od definicji monopolisty i oligopolisty. Zgodnie z pierwotnymi twierdzeniami ekonomistów klasycznych, a także ze współczesną analizą Murraya Rothbarda (zob. Rothbard 2009), monopolista to wyłączny beneficjent przywileju nadanego przez rząd, dzięki któremu jest w stanie kontrolować podaż pewnego dobra na rynku. Oligopolista to z kolei jeden z kilku beneficjentów rządowych przywilejów monopolizujących (tj. ograniczających konkurencję), dzięki którym również może wraz z innymi oligopolistami w mniejszym lub większym stopniu kontrolować podaż produktu. Jest jasne, że poprzez kontrolę dostępnego zasobu, mono- i oligopoliści mogą wpływać na cenę w sposób pozarynkowy, tj. ograniczać podaż pewnego dobra (korzystając z parasola ochronnego państwa) w celu podniesienia jego ceny w stosunku do tej, jaka wykształciłaby się na rynku, gdyby przywilej nie został nadany. W tym sensie faktycznie możemy stwierdzić, że 1) oligopole żyją w symbiozie z państwem (tzn. źródło ich przywileju wynika z interwencji państwa), 2) mechanizmy rynkowe nie działają, a właściwie są ograniczone poprzez restrykcje nałożone przez rząd, które utrudniają pojawienie się na rynku podaży konkurencyjnej, która mogłaby obniżyć cenę do poziomu czysto rynkowego.

Myślę, że powyższy sposób przedstawienia zagadnienia jest dość przejrzysty. Odnieśmy więc te wnioski do umowy CETA: nie wynika bowiem z nich w żaden sposób, że III RP powinna zablokować dostęp kanadyjskich oligopolistów do rynku polskiego. Otóż taki oligopolista, znajdujący się poza terenem jurysdykcji rządu, z którym trwa w symbiozie, de facto przestaje być oligopolistą. Jak zauważyliśmy wyżej, kluczowym elementem monopolu/oligopolu jest rządowa restrykcja (obojętnie w jakiej formie) ograniczająca pojawienie się na rynku konkurencyjnej podaży danego dobra. Rząd kanadyjski nie może i nie będzie mógł egzekwować takich restrykcji na terenie Unii. Nawet jeśli w Kanadzie piwo może być warzone wyłącznie przez Canadian Beer Monopoly Inc., nie znaczy to przecież, że po ratyfikacji umowy przez parlament europejski i państwa członkowskie jedynym legalnym producentem piwa w Unii będzie CBM Inc. Mało tego, umowa jest obustronna, a więc, nie licząc relatywnie niewielu odstępstw od reguły, wpuszcza na teren Kanady producentów europejskich i tym samym rozmiękcza przywileje monopolizujące, którymi cieszą się tamtejsze korporacje na terenie Kanady. Wystarczy zresztą napisać, że cła – jako narzędzie ograniczające konkurencję poprzez nałożenie dodatkowych obciążeń fiskalnych na producentów spoza pewnego arbitralnie ustanowionego terytorium – stawiają producentów krajowych w uprzywilejowanej pozycji, a więc same są grantem monopolizującym. CETA kasuje nie tylko większość ceł, ale również dużą część ograniczeń pozataryfowych w dostępie do rynku, co wiąże ręce rządowi Kanady w nadawaniu restrykcji ograniczających konkurencję. CETA jest więc umową de-monopolizującą. Jej krytyka z pozycji anty-monopolowych jest w efekcie po prostu nietrafiona. Sprawa zamknięta?

Prawie. Większość zwolenników etatyzmu definiuje monopolistę jednak znacznie szerzej – jako takiego producenta, który zdobył znaczną przewagę na rynku i odpowiada za pewien procent całkowitej produkcji czy sprzedaży, który etatysta arbitralnie uznaje za zbyt wysoki. W takiej sytuacji, jak się powszechnie przyjmuje, rząd musi wkroczyć, by bronić konkurencji zagrożonej (albo nawet zniszczonej) przez „wolnorynkowego monopolistę”[1]. Właśnie ten sposób rozumowania doprowadził do pojawienia się ustawodawstwa antymonopolowego. W USA pierwsza ustawa tego typu pojawiła się już w 1890 roku. Problem z tym podejściem jest taki, że rzekomy „monopol” wolnorynkowy nie tylko nie jest w żaden sposób szkodliwy dla konsumentów, ale walka z nim uderza w ich interes.

Rozpatrzmy dwa przypadki: rząd nadaje na wyłączność spółce Public Oil możliwość rafinacji ropy. Oznacza to, że PO kontroluje cały zasób produktów rafineryjnych i decyduje, jaką ich ilość wpuścić na rynek. Posiadając całkowitą władzę nad podażą, może niemal dowolnie ustalić cenę, dzięki czemu zawyża ją i inkasuje rentę monopolową. Prawo nie pozwala żadnemu przedsiębiorcy na wprowadzenie na rynek dodatkowej ilości tych produktów (np. nafty), przez co cena musiałaby spaść. Żaden przedsiębiorca nie może zaoferować nafty nawet jeśli szacuje, że w społeczeństwie istnieje na pewną dodatkową jej ilość popyt tak wysoki, że stopa zwrotu z inwestycji przekracza stopę zwrotu z przedsięwzięć alternatywnych, co jest jasnym sygnałem, że społeczeństwo potrzebuje tej nafty bardziej niż innych dóbr.  Widać więc, że przywilej monopolistyczny ogranicza dobrobyt konsumentów.

Drugi przypadek to tzw. „monopol” wolnorynkowy. Jednym z najpopularniejszych przykładów ilustrujących ten problem jest casus Standard Oil, firmy, której udział w rynku w szczytowym okresie wynosił ok. 90%. W jej jednak przypadku kontrola lwiej części rynku nie wynikała z rządowego przywileju dla jednego podmiotu i ograniczenia swobody działania dla innych, a z wyboru konsumentów. SO udało się uzyskać taki status, ponieważ najlepiej spełniało oczekiwania swoich klientów. Pozycja SO ugruntowana była nie na ciągłym ignorowaniu ich życzeń (jak czyni państwo nadając przywilej monopolizujący i egzekwując ograniczenie dostępnej podaży), ale na najbardziej wydajnym wywiązywaniu się z zadań, które na siebie przyjęła. W takich okolicznościach rozbicie „monopolu” musi skutkować przejęciem części rynku przez dotychczas marginalnych producentów, którzy nie potrafią tak efektywnie dostosować się do potrzeb klienteli, o czym świadczą ich mizerne wyniki w systemie „czystej” rywalizacji. Postulat walki z „monopolem” wolnorynkowym, obdarty z frazesów, sprowadza się do postulatu utrudnienia ludziom korzystania z usług producenta, którego cenią sobie najbardziej.[2] Gdyby tak nie było, korzystaliby z usług innego podmiotu gospodarczego bez żadnej presji ze strony rządu, a udział w rynku inkryminowanej firmy nigdy nie rozrósłby się do dominacji. Ktoś, kto twierdzi, że rynek należy bronić przed koncentracją kapitału przez firmy takie, jak SO, po pierwsze sam postuluje ograniczenie konkurencji[3], ponieważ chce zawężać swobodę działania producentowi, którego produkty bądź usługi są najchętniej wybierane przez konsumentów, a po drugie działa na szkodę rozwoju gospodarczego. Isabel Paterson pisze o korporacjach bezpodstawnie oskarżanych o praktyki monopolowe w ten sposób:

Standard Oil nie hamował rozwoju branży; firma ta dotarła na krańce świata, by stworzyć rynek. Czy można mówić o korporacjach, że wstrzymują rozwój branży, jeśli branża którą reprezentują, nie istniała, dopóki nie wyprodukowały i nie sprzedały dóbr? Czy producenci samochodów wstrzymywali rozwój branży w okresie, gdy wyprodukowali i sprzedali pięćdziesiąt milionów samochodów, skoro wcześniej nie było żadnych samochodów? (…) Doprawdy (…) trudno sobie wyobrazić coś bardziej niedorzecznego niż nazywanie działalności amerykańskich korporacji, których nieustannie rosnąca produkcja i sprzedaż (podkreślenie moje – dop. ŁN) osiągnęła takie rozmiary, że cała wcześniejsza gospodarka sprawia wrażenie wiejskiego sklepiku, „hamowaniem rozwoju gospodarczego” i działalnością przestępczą! (Paterson 1943: 172, 175; cytat w tłumaczeniu R. Rudowskiego za: Rothbard 2009)

Najlepszą ilustracją słów Paterson są dane historyczne dotyczące ceny nafty pod „dyktatem” SO. Podczas gdy ekonomiści krytykują monopol z uwagi na ograniczenie podaży, a w konsekwencji wzrost cen i spadek dostępności potrzebnego produktu, działania „monopolisty” SO doprowadziły do tego, że cena galonu nafty, najistotniejszego wówczas produktu ropopochodnego, spadła z 30 centów w 1869 do 5,9 centów w 1897 (Armentano 2007: 41).

Dość często twierdzi się również, że korporacje najpierw stosują ceny dumpingowe, doprowadzają do bankructwa konkurencji, a następnie – już w pozycji „monopolisty” – podnoszą ceny powyżej rynkowych. Jest to teza, która nie ma żadnego potwierdzenia w historii gospodarczej. SO nawet po zdobyciu prawie całego rynku utrzymywało ceny na niskim poziomie, ponieważ jakakolwiek inna strategia działania byłaby samobójcza – umożliwiałaby konkurencji powrót do gry lub wzrost jej znaczenia.[4] Historia nie zna przypadku zakończonego sukcesem zastosowania dumpingu. Dlaczego więc bać się kanadyjskich korporacji? Dlaczego sądzimy, że w ich przypadku byłoby inaczej? Wadą monopolu jest to, że uniemożliwia zastąpienie mniej wydajnego producenta przez bardziej wydajnego, ponieważ nikt nie ma nawet możliwości rzucenia wyzwania monopoliście. Na wolnym rynku pozycja producenta dominującego może zostać podkopana w każdym momencie i nigdy nie znika ryzyko, że straci na korzyść konkurencji. To właśnie działo się z SO jeszcze zanim do akcji wkroczył rząd: udział firmy w rynku spadł z 85% do 64% pomiędzy 1890 i 1911 rokiem (Armentano 2007: 41). Wolny rynek, nawet jeśli zdominowany jest przez jednego gracza, nigdy nie jest więc statyczny, a jeśli na przestrzeni wielu lat ta sama firma utrzymuje się na pozycji lidera, oznacza to po prostu, że przez cały ten okres nie pojawiła się dla niej alternatywa z wystarczającym potencjałem – weryfikacja odbywa się jednak na bieżąco.

Pojawić może się argument, że korporacje kanadyjskie korzystają ze wsparcia państwa, którego polskie firmy nie mają, przez co muszą ponieść klęskę z konkurencją zza oceanu. Najbardziej oczywistym przejawem takiego wsparcia byłyby po prostu subsydia.[5] Zwolennik wolnego rynku zdaje sobie sprawę, że wsparcie ze strony państwa odbywa się zawsze czyimś kosztem, a konsekwencje negatywne muszą przeważyć na pozytywami, dlatego sprzeciwia się takim praktykom (zob. von Mises 2005). W sytuacji wsparcia firm kanadyjskich działających w Polsce kluczowe jest jednak to, że kosztami takiej operacji obciążeni byliby nie Polacy, a obywatele mieszkający pod jurysdykcją rządu Kanady, i to właśnie na nich odbiłyby się negatywne konsekwencje. Jeśli kanadyjski rząd zamierza subsydiować produkcję kanadyjskiego piwa, przez co kanadyjski producent stosuje niskie ceny i podbija polski rynek[6], to przecież fundusze przeznaczone na wsparcie tego producenta pochodzą z podatków płaconych przez mieszkańców Kanady, a nie Polski. Efekt byłby taki, że rząd Kanady zmuszałby swoich obywateli do współfinansowania konsumpcji kanadyjskiego piwa przez Polaków. Zrezygnowanie z takiej okazji w obronie miejsc pracy w polskim browarnictwie miałoby tyle samo sensu, co zrezygnowanie z kombajnów na rzecz ręcznego oddzielania ziaren od kłosów, by stymulować zatrudnienie w rolnictwie.

Umowa CETA oczywiście nie tworzy przestrzeni całkowicie wolnego handlu i pozostawia pewne wyjątki, które pozwalają odnosić korzyści monopolowe wybranym producentom – na przykład limity kwotowe na eksport pewnych produktów rolnych z Kanady do Europy są przywilejem monopolizującym nadanym europejskim producentom produktów objętych limitem. Kanadyjscy producenci tych produktów mogą więc (słusznie) twierdzić, że są dyskryminowani na rynku europejskim i (niesłusznie) domagać się od odrzucenia umowy. Odrzucenie umowy nie jest bowiem remedium na dyskryminację; w takim scenariuszu przepis dyskryminujący pozostanie wiążący razem z wieloma innymi regulacjami tego typu.

Możemy również odwrócić narrację i wyobrazić sobie sytuację, w której to towar eksportowany przez europejskiego przedsiębiorcę ma być objęty limitem kwotowym. W tej sytuacji to producenci kanadyjscy cieszą się z przywileju monopolizującego, a dostawca z Europy nie jest w stanie konkurować na równych warunkach w Kanadzie. Jest oczywiste, że nie jest to dla niego powód do radości, tym bardziej, jeśli zdarzyłoby się, że jego kanadyjscy konkurenci mieliby zagwarantowany wolny dostęp do rynku Unii. Czy odrzucenie idei liberalizacji jest rozsądne, by bronić się przed takimi sytuacjami? Nie, co wynika z tego, co już zostało napisane. Po pierwsze: przyznanie producentom kanadyjskim przywilejów monopolizujących w jakiejkolwiek formie (np. wspomnianych limitów na import) zawsze uderza w interesy ich konsumentów. Cło czy kontyngent sztucznie podnosi opłacalność chronionej branży, co przyciąga tam kapitał krajowy. Ponieważ obostrzenia celne czy kwotowe nie wiążą się bezpośrednio z utrudnieniami produkcji dla podmiotów krajowych, wcześniej opisane problemy z zawyżaniem cen i mniejszą dostępnością towaru mogą zostać do pewnego stopnia zniwelowane, ale rodzi się nieco inny problem. Kapitał przyciągnięty jest bowiem jednocześnie kapitałem odciągniętym – odciągniętym od zastosowań, w których zaspokajałby pilniejsze potrzeby społeczeństwa, gdyby tylko Kanada była zintegrowana z międzynarodowym rynkiem. Nazywamy to błędną – nieoptymalną – alokacją zasobów. Postawienie w odwecie podobnej bariery dla kanadyjskich producentów chcących eksportować do Europy nie naprawia w żaden sposób sytuacji. W Kanadzie będzie, jak dotychczas, a państwo stosujące protekcjonizm odwetowy powieli ten sam skutek u siebie. Zamiast neutralizować negatywny efekt rozwiązania kanadyjskiego, dodaje kolejne zniekształcenie i obniża poziom życia swoich obywateli.

Pomimo niedociągnięć, w porównaniu do sytuacji obecnej CETA znacząco otwiera rynki, a więc przyczynia się do likwidacji przepisów monopolizujących i tym samym działa na korzyść zarówno konsumentów z Kanady, jak i Europy. Na sam koniec warto jeszcze zauważyć, że nawet jednostronne otwarcie swojego rynku jest działaniem na korzyść konsumentów, ponieważ zapewnia im dostęp do szerokiej gamy produktów, co musi motywować producentów do walki o klienta na drodze podnoszenia jakości lub obniżania cen. Od lat 40’ XIX wieku wydawało się, że politykę opartą na takim przekonaniu stopniowo wcielać w życie będzie parlament brytyjski. Słowa Sir Roberta Peela do Izby Gmin w 1846 roku dają świadectwo jego przekonaniu, że rząd powinien kroczyć na drodze wolnego handlu bez oglądania się na inne kraje, a ostatecznie okaże się to najlepszą strategią na osiągnięcie celu.

Ufam, że rząd (…) nie wznowi polityki, którą zarówno oni, jak i my, uznali za najbardziej uciążliwą, a mianowicie polityki kupczenia wzajemnymi ustępstwami z obcymi krajami, zamiast podjęcia kursu niezależnego, który – jak uważamy – sprzyja naszym interesom. (…) Ufajmy, że nasz przykład, a także dowód korzyści praktycznych, które z niego czerpiemy, w niedalekiej przyszłości zapewni zastosowanie [przez owe obce kraje – dop. ŁN] tych zasad, na których my oparliśmy swoje działanie [tzn. na zasadach wolnego handlu – dop. ŁN]. (…) Niech więc nasz handel będzie tak wolny, jak nasze instytucje. Proklamujmy wolność handlu, a naród za narodem podąży za naszym przykładem (cytat za: Sally 2008: 91; tłum. własne).

Od lat 60’ XIX wieku wróciły jednak do łask umowy obustronne, ale nawet wtedy odzywały się głosy za unilateralizmem,  a Londyn promował wolny handel praktycznie aż do lat 30’ XX wieku (nawet kiedy od lat 70’ XIX wieku inne państwa zaczęły się wycofywać z projektu). W okresie największego przywiązania do jego zasad w Zjednoczonym Królestwie obowiązywało cło na zaledwie kilkanaście produktów, którego zresztą celem nie była ochrona rodzimego rynku, a generowanie dochodu dla budżetu. My niestety nie możemy liczyć na jednostronne otwieranie rynku przez rząd III RP – jak działo niegdyś się w Wielkiej Brytanii – i pozostaje nam polegać na takich porozumieniach, jak CETA.

Autor: Łukasz Nieroda

Armentano, D. 2007. Antitrust. The case for repeal. Auburn: Ludwig von Mises Institute.
Paterson, I. 1943. The god of the machine, New York: G.P. Putnam’s sons.
Rothbard, M. 2009. Interwencjonizm, czyli władza a rynek, Warszawa: Fijor Publishing Company.
Sally, R. 2008. New frontiers in free trade: globalization’s future and Asia’s rising role. Washington D.C.: Cato Institute.
Von Mises, L. 2005. Interwencjonizm, Kraków: Arcana.

[1] Proszę zwrócić uwagę, że w tym kontekście każdorazowo słowo monopol pojawiać się będzie w cudzysłowie, ponieważ wolnorynkowy „monopolista” nie jest żadnym monopolistą, a określenie to stosujemy wyłącznie na potrzeby przejrzystości wywodu. Generalnie powinniśmy pisać po prostu o producencie dominującym.

[2] Oponenci tego wnioskowania mogą podnieść argument, że ludzie ulegają mocy reklamy i w rzeczywistości nie kupują tego, co uważają za najlepsze (lub co jest dla nich najlepsze), a to, do czego zachęciła ich reklama lub marka produktu. Jak reklama/marka wpływa na percepcję rzeczywistości przez człowieka i dlaczego dokładnie ludzie uważają pewien produkt za lepszy od innych jest przedmiotem rozważań psychologii, a nie ekonomii. Nam wystarczy stwierdzić, że człowiek kupujący droższy produkt znanej marki, podczas gdy mógłby kupić tańszy zamiennik rzekomo tej samej jakości, nadal działa zgodnie z logiką prakseologii, nauki o ludzkim działaniu, której gałęzią jest ekonomia. Definicja „najlepszego produktu” tego człowieka po prostu zawiera w sobie prestiż, jaki powszechnie wiąże się z noszeniem ubrań od rozpoznawanych projektantów, a korzyść psychiczna, jaką doznaje w związku z owym prestiżem, jest wyższa niż koszt, który musiał ponieść, by zakupić drogie ubranie.

[3] Pamiętajmy, że konkurencja jest procesem rywalizacji w dostarczaniu dóbr i usług na rynek, a nie kategorią ilościową, mierzoną liczbą podmiotów na danym rynku.

[4] Nawiasem pisząc, niektórzy wydają się sądzić, że przedsiębiorstwo wyrzucone z rynku skazane jest na niebyt po wsze czasy. Jest to założenie co najmniej kontrowersyjne. Bankructwo nie powoduje przecież fizycznego zniszczenia maszyn produkcyjnych, które mogą zostać uruchomione na nowo w każdym momencie. Nawet jeśli dotychczasowi właściciele decydują się porzucić biznes na stałe, to istniejący kapitał fizyczny wystawiają na sprzedaż w jak najlepszym stanie, a im więcej dóbr produkcyjnych trafia pod młotek, tym tańsze one są, co obniża koszty wejścia na rynek. Korporacja, wyrzuciwszy więc z rynku konkurentów, redukuje tym samym koszty wejścia dla innych, nowych przedsiębiorców. Warto też pamiętać, że funduszy potrzebnych na zainicjowanie projektu nie musi wykładać osobiście pomysłodawca czy przyszyły właściciel – po to przecież istnieje możliwość emisji papierów wartościowych i rynek kredytowy, żeby pozyskać środki na działanie dobrze rokującego biznesu od innych. Przedsięwzięcie osoby przedsiębiorczej planującej stworzyć konkurencję dla korporacji stosującej dumping jest z kolei niemal z definicji  dobrze rokujące, bo dumping musi być ograniczony czasowo. Wystarczy więc odpowiednio poczekać.

[5] Oczywiście to tylko przykład i najprawdopodobniej taka forma preferencyjnego wsparcia firm kanadyjskich ze stronu rządu będzie niemożliwa. Co jest jednak istotne i co ma zostać w owym przykładzie jasno zobrazowane, to fakt, że pomoc firmom kanadyjskim przez państwo kanadyjskie zawsze odbywać się będzie kosztem Kanadyjczyków na korzyść Polaków.

[6] Pozwólmy sobie poczynić również jedną uwagę językową. Być może tylu ludzi traktuje handel i współpracę gospodarczą w kategoriach konfliktu właśnie z powodu dość agresywnej retoryki stosowanej przy okazji opisu zjawisk rynkowych. Często słyszy się o „podboju” rynku, o jego „obronie”, o „zlikwidowaniu” czy „usunięciu” kogoś z niego. Należy w takim razie podkreślić, że nie istnieje jakakolwiek analogia między podbojem rynkowym i militarnym. Ten pierwszy nie ma nic wspólnego z przemocą czy przymusem. Korporacja nie „usuwa” swoich konkurentów z rynku, a jedynie przedstawia swoją ofertę. To wybór konsumentów, którzy działają tak, by maksymalizować swój dobrobyt (niekoniecznie czysto materialny), jest odpowiedzialny za sukces lub porażkę wszelkich rynkowo działających podmiotów gospodarczych. „Podbój” gospodarczy jest więc z definicji korzystny dla „podbijanych”, jako że jest on jedynie wyrazem ich suwerennych wyborów. Tymczasem teksty publicystyczne często pisane są tak, jakby samo sformułowanie tezy o możliwym „podboju” rynku miało usprawiedliwić protekcjonizm.

2017-08-05T17:59:09+00:00 Luty 22nd, 2017|Artykuły, Blog|
  • konrad Zegara

    Dobry artykuł. Obawiam się, że jednak do małej części czytających to trafi. Niestety dla nas w Polsce otwarcie rynków jest dobre (ni mówi tu o CETA bo ona nie wiele zmienia w Polsce) ale tylko wtedy gdy mamy konkurencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Niestety wątpię aby rząd „zmienił” zdanie co do prowadzonej polityki fiskalnej.

  • Hemdall

    Mam pytanie odnośnie tego stwierdzenia, że „Historia nie zna przypadku zakończonego sukcesem zastosowania dumpingu.” Czy były prowadzone na ten temat jakieś badania albo są jakieś opracowania/książki gdzie jest to potwierdzone? Interesuje mnie to z tego powodu, że często można usłyszeć o stosowaniu dumpingu cenowego i oczywiście państwo musi temu przeciwdziałać. Choć zwolennicy ustaw antydumpingowych albo walki z tym również nie podają żadnych przypadków kiedy dumping z kolei się udał. Dlatego interesuje mnie czy jest to dyskusja tylko na płaszczyźnie teoretycznej oraz słowa przeciw słowu, czy istnieją jednak jakieś twarde dowody na to, że dumping jest nieskuteczny.
    Pozdrawiam